Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1751 postów 1571 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J-23 na angielskiej prowincji

Janek Himilsbach i mój hiszpański.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Nie dość, że hiszpański nie jest mi do niczego potrzebny, to jeszcze to wszechobecne w tym języku seplenienie (ceceo) i połykanie głosek.

 

Z cyklu znacie, to posłuchajcie:

Podobieństwo Himilsbacha do Spencera Tracy oraz Kirka Douglasa, jak niesie legenda, sprawiło, że otworzyła się przed nim wielka kariera w Hollywood.

Kiedyś więc chwalił się nawet, że rolę w filmie zaproponował mu sam Steven Spielberg. Pod jednym warunkiem: musiał nauczyć się angielskiego. – I co, uczysz się? – pytali znajomi. – Nie. Jeszcze nie. Spielberg się rozmyśli, a ja z tym angielskim zostanę jak ten ch*j – odpowiadał Himilsbach.

źródło: Kino Polska / niezlomni.com

Chyba zaczynałem naukę w liceum, kiedy w TVP, niedzielnym popołudniem, puszczano przygodowy serial hiszpański (co samo w sobie było zupełnym ewenementem) z czasów Wojny na Półwyspie Iberyjskim (1808-1814, por. bitwa pod Somosierrą 1808). Tytułu – za chińskiego boga nie przypomnę.

Jako że zgodnie z polską tradycją (skądinąd znakomitą, bo nie cierpię filmów dubbingowanych, chyba że w kongenialnych wersjach dla dzieci, np. Shrek) film puszczany jest zazwyczaj z orginalną ścieżką dźwiękową i nałożonym głosem lektora, więc słyszałem głosy kastylijskich (nie latynoskich, bo to jeszcze nie te czasy były) aktorów i przyznam, ze z jakiegoś powodu język porwał mnie swoim pięknem.

Wkrótce potem zakupiłem sobie jedyny dostępny podręcznik do nauki hiszpańskiego, autorstwa Oskara Perlina – owszem, znakomity i klasyka, do dziś na honorowym miejscu na półce, ale metodyka jak w klasycznych podręcznikach do łaciny, czyli dla kompletnego nowicjusza droga przez mękę (chożdienije po mukam): do dziś pamiętam „y aquello es un armario amarillo” czyli „a tamto to jest żółta szafa”. Może, gdybym pracował w hiszpańskiej IKEI to byłoby inaczej (armarios modulares PAX), ale nie pamietam, żebym kiedykolwiek w życiu miał okazję użyć słowa „armario”, o „aquello”nie wspominając (inna rzecz, że mój kuzyn dopiero po kilku latach pracy w UK zapytał mnie, jak jest „oni” po angielsku. „They”. Nie chciał mi uwierzyć: – Serio? Nie dość, że wyjątkowo dziwne, to pierwsze słyszę ...)

Tym niemniej uczniowie najczęściej zapamiętują na całe życie jakies słówko z pierwszej lekcji. Opowiadał mi znajomy ksiądz, iż mieli w seminarium semestr greki (a były to jeszcze dawne czasy, kiedy nauka greki była rzadkością), której uczyli się z bardzo sympatycznego, ale zupełnie niedopasowanego do potrzeb seminaryjnych podręcznika Mariana Goliasa (Wstępna nauka j.g.) i w głowie pozostało mu tylko jedno słówko z pierwszej lekcji: „pajdeuo”- wychowuję, a i to tylko dlatego, że taki przydomek przykleił się do jednego z kleryków (pewnie tego nieszczęśnika, który musiał to słówko na lekcji odmieniać przez liczy i osoby).

Wracając do tematu: kiedy jakimś cudem do naszego liceum przyszedł list z hiszpańskiej szkoły (sic!), to jako jedyny mający blade pojęcie o języku zostałem oficjalnie oddelegowany do korespondencji z jak się okazało Hiszpanką imieniem Conchita (mimo, że ś.p. babcia ostrzegała, żebym uważał, bo „hiszpanka” to straszna choroba, por.Pandemia grypy w latach 1918–1919). W tamtych czasach Conchity nie nosiły wąsów ani brody, ale mimo to mój entuzjazm cokolwiek przygasł, kiedy uległszy mym prośbom przyszłała mi swoje zdjęcie, nie pasujące do moich wyobrażeń oDoñi Ximenie z filmu „Cyd” (El Cid), granej przez Sofię Loren.

Mimo to zainwestowałem w słownik (w tamtych czasach był jeno internat, nie internet), przebrnąłem w pocie czoła przez podręcznik Oskara Perlina (oraz sprzedawane w kiosku zeszyty „Hablamos espanol” – serio były takie, do słuchania lekcji w radiu, choć akurat w mojej wichurze UKF nie miał zasiegu, jak nie urok, to przemarsz wojska), zaś kiedy wiele lat później pojawiły się na jakis czas stosunkowo tanie wczasy na katalońskim Dzikim Wybrzeżu (Costa Brava) z  Lloret de Mar na czele, to znałem już język na tyle, że na zakończenie „dnia katalońskiego” upiłem się razem ze sprzedawcą wina w jego piwniczce izamiast dwu flaszy, to przywiozłem do Polski dziesięć i w dodatku nie z jakąś „orina de caballo” (końskie szczyny), ale zacnego muszkatu, w ogóle nie oferowanego byle komu :)

Dziś zostałem z tym hiszpańskim jak Himilsbach z angielskim, znam zbyt dobrze, by całkowicie wymazać z głowy, zbyt słabo, by czytać Don Kiszota w orginale (może porwę się na „Cień wiatru” Zafóna), a wogóle to zawsze miałem i chciałem się nauczyć francuskiego ... sacré, mil tonnerres!

W sumie i tak nie trafiłem najgorzej. Mój kolega ze studiów posłyszawszy, że język wegierski jest tak odmienny od polskiego, że praktycznie niewyuczalny, postanowił to sprawdzić na sobie (skąd ja napotykałem takich dziwaków? A może jeden dziwak przyciąga drugiego?), a nie mogąc zdobyć podręcznika do tego języka (autorstwa Eugeniusza Mroczko) zakupił w rosyjskiej ksiegarni „Bajkał” w Gdańsku-Wrzeszczu podręcznik do jak mu sie wydawało języka podobnego czyli ... fińskiego (wicie-rozumicie, języki ugrofińskie czyli totalna zmyłka). I ten to dopiero został z tym fińskim ... jak to mawiają bladzi Angielczykowie „like a spare prick at a wedding”.

Ostatnio byłem w Polsce i przypadkiem obejrzałem przez chwilę na TV Epic Drama fragment współczesnego serialu hiszpańskiego „Zagadka hotelu Grand” ... i znów musiałem przyznać, że język jest ładny i może się podobać.

PS

Zupełnie bez związku (rzekomoautentyk, wyszperane w internecie -niekradzione)

Wykładowca:

- Opowiem wam teraz anegdotę, którą opowiadam prawie wszystkim grupom. Otóż w czasach PRL, wiecie, ścisła cenzura, w pewnej wsi koncert chciał dać zespół o pięknej nazwie "Przejebane".

Niestety, źle by to wyglądało na plakatach, więc sprytny sołtys tejże wsi postanowił zmienić nazwę na "Nie Jest Dobrze".

Historyjka kończy się happy endem, zespół się zgodził, koncert był udany. A teraz przechodzimy do głównego powodu, dla którego to słyszycie.

Moi drodzy, sprawdziłem wasze prace.
Nie jest dobrze.

 

 

  

KOMENTARZE

  • Autor
    /miał okazję użyć słowa „armario”/

    rozumiem Kolegę, sam nie miałem okazji użyć zwrotu: "plovi brodom" (srpski)

    pzdr

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31