Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1524 posty 676 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J23 na angielskiej prowincji alias ruski agent ps. "Moherowe Walonki Putina"

Łagowski: Sen o potędze.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

[Artykuł w szczegółach dyskusyjny, ale wart lektury]

 

 Co się kryje za biernością, z jaką Polacy przyjmują do wiadomości powojenną politykę swoich rządów? Czy skrywa ona aprobatę – kto się nie sprzeciwia, jest za – czy lekceważenie dla tych rządów i wszystkiego, co one głoszą? Widziałbym trzecią możliwość: poczucie obezwładnienia przez jednomyślną „narrację” klasy dziennikarskiej wyszydzającej i stygmatyzującej wszelkie stanowiska wykraczające poza główny nurt wyznaczony przez partie postsolidarnościowe, zarówno przez PiS, jak i Platformę Obywatelską. Ta narracja pozostawia mało miejsca na ruch myśli, ponieważ jest nie tylko programem politycznym, ale mieści w sobie również, a może przede wszystkim, heroistyczną koncepcję moralności z jej imperatywem kategorycznym oddawania życia za niepodległość. Kto ma odwagę narazić się na miano potencjalnego zdrajcy? Dopóki nad polityką ciąży heroistyczny etos, rządy mają wolną rękę, gdy chodzi o wydatki na zbrojenia i mieszanie się do krwawych konfliktów w bliskiej zagranicy. Przeklinanie bohaterskich rządów wybucha dopiero, gdy bomby spadają na miasta, co polskich rządów nie trwoży, bo mają wypróbowany sposób ratunku: uciec za granicę.

 

Mówi się, że każdy naród ma własną koncepcję narodu i też swój specyficzny nacjonalizm. Narody zachodnie, jak wszystkie inne, dążą do wywyższenia, ale osiągają to wywyższenie za pomocą pracy cywilizacyjnej. Francuz czy Niemiec wzdryga się na myśl, że mógłby żyć w takich warunkach jak Polak. Rosjanin wiąże swoje poczucie narodowe z wielkimi przestrzeniami. Ludzie zachodni mówią, że w Polsce wszystko jest małe, szare i niezbyt czyste, ale mieszkańcy mają o sobie, jako narodzie, niezwykle wysokie mniemanie, nawet gdy emigrują za chlebem. W czasach pokoju ucieka z Polski lud, w czasie wojny rząd. W czym Polacy widzą środek na wywyższenie, którego tak pragną? Z całą pewnością nie w tym, co się nazywa cywilizacją – materialnie urzeczywistnionym duchem. Przez setki lat – jak pisali podróżnicy – zachodnia granica Polski oddzielała cywilizację europejską od ubogiego, chaotycznego, umysłowo leniwego słowiańskiego Wschodu. Na dużo niższym poziomie żył tu lud i bardziej jałowa niż na Zachodzie była arystokracja. To są oczywiście sądy zaokrąglone, można je uściślać, ale błędne nie są.
Formalnym warunkiem pracy cywilizacyjnej jest wolność rozumiana tak, jak ją Monteskiusz ujął w jednej z definicji: prawo do spełniania swego obowiązku. Właśnie takiej wolności najbardziej brakowało w realnym socjalizmie ludziom będącym na wyższym diapazonie umysłowym i czującym swoje zobowiązania wobec kraju. Dziś tego rodzaju wolność prawie że istnieje i można by się spodziewać, że Polska wchłonie te wartości, które stanowią o wyższości Zachodu (ciągle jeszcze). Nie w tym kierunku jednak idzie Polska, zbałamucona postsolidarnościowym megalomaństwem i mdlącą bohaterszczyzną. W żadnej dziedzinie życia społecznego to zbłąkanie nie jest tak widoczne jak w polityce zagranicznej rządów obecnego i poprzedniego.
Autor należący, jak mi się zdaje, do rządowych kręgów eksperckich pisze w „Rzeczpospolitej”:
„Rozluźnienie procesów integracji [europejskiej] może być dla Polski szansą. Doprowadzi do ostatecznego rozpadu osi Berlin-Paryż i da nam szanse na balansowanie pomiędzy Francją i Niemcami. Będzie okazją do wybicia się na podmiotowość (…)”.
Dziwny pogląd – powiedziałbym, gdyby należał do rzadkości. Z powodu braku wewnątrzkrajowych impulsów rozwojowych integracja europejska jest dla Polski jedyną realistyczną możliwością uchronienia się przed tradycyjnym marazmem, który zawsze towarzyszył polskiemu „upodmiotowieniu”. Aby skutecznie balansować między Berlinem i Paryżem – mówi autor – trzeba „doprowadzić do wzrostu realnej potęgi naszego kraju w Europie”. Najciekawsza w artykule jest treść tego snu o potędze.
„Ponieważ nie możemy liczyć na szybki wzrost ludności lub gospodarki, to pozostaje nam jedynie inwestycja w armię. (…) Chodziłoby o to, ażeby Polska nie tylko była w stanie bronić się przed potencjalnym wrogiem, ale również wysłać kilka dodatkowych brygad do państw bałtyckich czy też na flankę południowo-wschodnią (np. do Rumunii). To wymaga znacznego zwiększenia liczby żołnierzy i nakładów finansowych”.
Okazuje się, że autor nie jest takim zwolennikiem dezintegracji Europy, jak się mogło wydawać – integracja może być, ale pod warunkiem że będzie wojskowa. „Istota naszej strategii sprowadzałaby się do tego, że dysponowalibyśmy pewną nadwyżką potęgi i moglibyśmy ją eksportować do krajów regionu. To dawałoby nam atut w grach z mocarstwami, ponieważ Niemcy ze względu na swój pacyfizm chętnie oddaliby naszemu krajowi rolę, jeśli nie lidera, to partnera w militarnym przywództwie w Europie Środkowej”.
Wierzę, że w pewnych warunkach mocarstwa zachodnie z „pacyfistycznymi” Niemcami włącznie chętnie oddałyby Polsce rolę militarnego harcownika na froncie wschodnim, USA już jawnie nam taką rolę przypisały, ale nie rozumiem, dlaczego autor, występujący jako doradca rządowy, tak głośno o tym marzy.
Niesamowita megalomania mocarstwowa przejawia się w tych życzeniach, które wcale nie są urojeniem jednego odosobnionego umysłu. Niemal przeraża przekreślenie dorobku polskiej realistycznej myśli politycznej ostatniego wieku, jaką wyrażali w swoich publikacjach tak różni autorzy, jak Stanisław Cat-Mackiewicz, Stanisław Stomma, Aleksander Bocheński, Stefan Kisielewski czy Julian Hochfeld.
Przy tych poglądach i przy polityce zagranicznej polskich rządów należałoby postawić datę sprzed września 1939 r.
Bronisław Łagowski
Mój komentarz:
Pamiętam tę obezwładniającą, monolityczną „narrację” z czasów pełnej dominacji michnikowszczyzny jakieś 20-25 lat temu – prasa, telewizja, wszędzie te żydokomunistyczne gęby, przy których wcześniejsza propaganda PRL-owska wydawała się całkiem zdroworozsądkowa. Jej symbolem była uważam obleśna morda Jacka Kuronia w TV, w rozchełstanej koszuli i dziurawych na tyłku portkach, wygłaszającego swoje kołchoźnicze mądrości do narodu – wtedy zrozumiałem, co musieli czuć i przeżywać nasi Rodacy na wschodzie  w 1939 roku widząc wkraczające wojska bolszewickie. Z zachowanych pamiętników wynika, że zwykłych Polaków przerażała wulgarność ich słownictwa i zachowania, wcześniej niesłyszanego nawet wśród parobków.
Piszę tak, jak pamiętam: o ile w późnym PRL-u wiadoma mniejszość narodowa nie starała się rzucać w oczy, a wręcz przeciwnie, o tyle pierwsza dekada III RP dawała przedsmak życia w  Judeopolonii, mimo, że samo to określenie było mi jeszcze nieznane. I dlatego jak dziś pamiętam wewnętrzną radość, kiedy nagle (miało to chyba związek ze zmianą właściciela) w rządowym dzienniku „Rzeczpospolita” zaczęły się ukazywać artykuły uwzględniające polski punkt widzenia (SIC! Roku nie pamiętam, ale było to chyba jakieś 15 lat temu – wcześniej tego typu artykuły ukazywały się bowiem tylko w efemerycznej prasie niszowej, w tytułach które równie szybko pojawiały się jak znikały).
Nie mogę się zgodzić z opinią Autora, kiedy pisze:
„Przez setki lat – jak pisali podróżnicy – zachodnia granica Polski oddzielała cywilizację europejską od ubogiego, chaotycznego, umysłowo leniwego słowiańskiego Wschodu”. Myślę, że dość dobrze znam historię Anglii, a potem Królestwa Wielkiej Brytanii i na przestrzeni wielu wieków porównanie z historią Polski tudzież Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie wypada na naszą niekorzyść.
[Przykład podobnego uogólnienia używanego na Wyspach:
„The children in Holland take pleasure in making
What the children in England take pleasure in breaking”
… czyli miał Anglik dwie kulki, z których jedną zepsuł, a drugą zgubił].
Prawdą jest natomiast, że straciliśmy cały długi wiek XIX, a był to wiek, w którym bieg historii niebywale przyśpieszył. Co gorsza, wytworzyliśmy wyjątkowo destrukcyjną pseudomitologię („Polska Chrystusem narodów” to megalomania do nieskończonej potęgi, przy której zabawna koncepcja Brytyjczyków jako potomków zaginionych dziesięciu plemion Izraela to naprawdę pikuś). To ta właśnie pseudomitologia i megalomania nie pozwoliła Polakom odzyskać niepodległości prawie sto lat wcześniej (np. Królestwo Polskie 1815-1832, złączone unią personalną z Imperium Rosyjskim było bardziej politycznie samodzielne, niż dzisiejsza Polska w UE, którą byle brukselski Guj [Verhofstadt] może bezkarnie postponować).
Przytaczana ze zgrozą przez Autora koncepcja polskiej „ekspansji militarnej” w miejsce rozwoju demograficznego i gospodarczego to oczywiście dzieło idioty i przyznam się, że jestem szczerze zdziwiony, iż nie wyszła spod pióra moich „idoli” czyli dr Targalskiego czy pana vel Żurawskiego, ale pana Krzysztofa Raka z „Nowej Konfederacji” (w latach 90-tych urzędnika MSZ).
W dzisiejszej polityce wschodniej przykładem i wzorcem (niczym metr w Sevres pod Paryżem)  polskiej mito- i megalomanii  jest koncepcja budowy Międzymorza poczynając od osi Polska-Ukraina, a kończąc na krajach Kaukazu (Gruzja) jako OFFENSYWNEGO przymierza wojskowego do walki z Rosją. Myślę, że ta koncepcja po prostu cieszy każdego wroga Polski, a trwałość tej koncepcji rzeczywiście każe zastanawiać się, czy to wynik dopustu Bożego czy też defektu genetycznego?
[Jej zupełnym przeciwieństwem jest koncepcja Trójmorza bez Ukrainy, w kszałcie zaproponowanym pierwotnie przez smakowitą i kształtną panią prezydent Chorwacji (jako stary satyr polecam degustację  jej zdjęć w bikini – do wygóglania w sieci), jako projekt przede wszystkim INFRASTRUKTURALNY!!! A propos – Norbert Hofer, prawicowy kandydat na prezydenta Austrii zapowiedział, iż w razie jego wygranej Austria przystąpi do Grupy Wyszehradzkiej i o to właśnie chodzi!].
I jeszcze jeden temat na kanwie artykułu prof. Łagowskiego.
Jest jedno niewykorzystane źródło, z którego mógłby wyjść prawdziwy impuls do dynamicznego rozwoju Polski, impuls pozwalający na zastąpienie marazmu entuzjazmem. Otóż dzisiejsza Macierz Polska, w obecnych granicach, to zaledwie jedno płuco polskiego narodu. Jak się ma jedno płuco, to trudno startować z zawodach lekkoatletycznych. Drugie płuco, to naród polski poza obecnymi granicami, to Polacy na wschodzie oraz Polonia na całym świecie.
Wystarczyłoby porzucić megalomańskie pro-ukraińskie mrzonki (przypomnijmy planowany przez PiS podatek 25gr od litra benzyny na budowę dróg na Ukrainie), a w to miejsce przyjąć koncepcję „jednego narodu ponad granicami”, tak jak to robią Węgrzy. Wystarczy przestać na siłę szukać przyjaciół wśród obcych, a dostrzec rodzonych Braci tam, gdzie oni są i podać im braterską dłoń.
Ale czy PiS stać na taki „intelektualny wysiłek”?
Szydzę oczywiście i przypomina mi się pewna audycja, jakiej słuchałem kiedyś w BBC4 o Karlu Popperze i jego „Społeczeństwie otwartym” – w podsumowaniu  prowadzący podkreślał znaczenie tego dzieła i jako przykład podał, iż to dzięki jego lekturze późniejszy prezydent Czechosłowacji oraz Republiki Czeskiej, Wacław Havel zrozumiał jałowość komunizmu – no normalnie takie rzeczy to tylko „salonowi intelektualiści”
Nie wiem, jaką książkę jakiego filozofa musieliby przerobić w pocie czoła politycy PiS-u, żeby za małym dzieckiem zawołać „król jest nagi” i megalomanię zastąpić zdrowym rozsądkiem, kierowanym polskim sercem …

KOMENTARZE

  • @Autor
    Krótko.

    "Wystarczyłoby porzucić megalomańskie pro-ukraińskie mrzonki (przypomnijmy planowany przez PiS podatek 25gr od litra benzyny na budowę dróg na Ukrainie), a w to miejsce przyjąć koncepcję „jednego narodu ponad granicami”".

    O ile sama myśl wspólnoty polskiej jest mi bliska, to opieranie się na koncepcji narodowej (tak, jak się to powszechnie rozumie) jest absurdalna, gdyż brak kryteriów jednoznacznie normujących narodową przynależność.

    Koncepcja narodowa tylko wtedy stanie się wartościowa, jeśli przyjąć, że naród jest kształtowany wspólna ideą cywilizacyjną. Czyli - cywilizacja kształtuje naród, a nie odwrotnie. W takim wypadku czynnik genetyczny może wspomagać proces, ale nie jest warunkiem koniecznym.
    W przypadku genetycznej definicji narodu - prowadzi to do narastających konfliktów z otoczeniem.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
  12345
6789101112
13141516171819
20212223242526
27282930