Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1678 postów 1259 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J-23 na angielskiej prowincji

Grzegorz Braun: Ostatni żywy „wyklęty”.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Janusz Waluś – jako antykomunista żywy, okazuje się nadal zbyt „kontrowersyjny”, by Rzeczpospolita Trzecia i Pół chciała się do niego otwarcie przyznać, a co dopiero oficjalnie upomnieć o sprawiedliwość i wolność dla niego.

Walka z komuną nie podpada u nas obecnie, chwała Bogu, ani pod prawną penalizację, ani moralną anatemę. Odwrotnie – to propagowanie komunizmu już drugą dekadę pozostaje przynajmniej formalnie groźnym przestępstwem (zarówno kodeksowym, jak i konstytucyjnym), a osobiste zaangażowanie w opór wobec sowietyzacji jest dziś coraz powszechniej poczytywane za szczególną zasługę. Mimo całowiekowych wysiłków popleczników i pogrobowców komuny – ze szczególnym uwzględnieniem dokonań kolejnych pokoleń rodziny Szechterów/Michników – współczesne pokolenie Polaków z „czerwonymi” się z reguły nie identyfikuje, zarówno w ocenie historii, jak i w politycznych wyborach. Żołnierze wyklęci mają wszak swoje państwowe święto; odszukani i zidentyfikowani po latach bohaterowie walki z komunistycznym zniewoleniem mogą się dziś spodziewać pośmiertnych awansów i pogrzebów z wojskową asystą.

Wszystko to jednak będzie tylko pogłębianiem hipokryzji w naszym życiu publicznym – jeśli te same władze, które tak wielkim szacunkiem otaczając poległych, w dalszym ciągu ignorować będą los ostatniego „wyklętego”, nadal pozostającego w rękach kultywującego komunistyczne sentymenty reżimu Republiki Południowej Afryki.

(...)

Przez lata nie było nikogo, kto upomniałby się o prawo i sprawiedliwość dla Walusia. Dlaczego jednak to zaniechanie trwa – dlaczego władze warszawskie nadal nie wykonują w tej sprawie swoich ustawowych obowiązków, a do nich należy wszak troska o każdego obywatela, także tego, który znalazłszy się w więzieniu na obczyźnie, dawno już wystąpił o własną ekstradycję? Pytania retoryczne – zawsze łatwiej celebrować pamięć martwych, niż zająć się rozwiązywaniem problemów żywych.

Notabene, aby w sprawie Walusia czynić, co nakazuje prawo i sumienie – do tego nie potrzeba wcale angażować się w jakikolwiek spór ideowy. Nie trzeba nawet być świadomym i zdeklarowanym antykomunistą – wystarczy być lojalnym państwowcem, przejawiającym minimum szacunku dla zasady równości wobec prawa. W sprawie Janusza Walusia od początku widać stosowanie podwójnych standardów. W RPA nie objęto go amnestią, tak szeroko zastosowaną wobec uczestników konfliktu, który kulminował tam na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku, a którego konkluzją miało być działanie tzw. Komisji Prawdy i Pojednania. Walusia z tego dziejowego kompromisu arbitralnie wyłączono. Teraz zaś, kiedy po latach udało mu się uzyskać zgodę sądu na warunkowe zwolnienie (w 2016 r.), stosuje się prawniczą kazuistykę i urzędniczą obstrukcję – byle tylko Janusz Waluś nie oglądał ani wolności, ani ojczystego kraju.

Dlaczego warszawskie władze najwyższe, służby dyplomatyczne (i wszelkie inne) powinny z całą powagą i pełnym zaangażowaniem zabiegać o uwolnienie Walusia z południowoafrykańskiego więzienia, w którym przebywa już blisko ćwierć wieku? To oczywiste: Janusz Waluś jest z urodzenia polskim obywatelem (nabytego w swoim czasie obywatelstwa RPA zrzekł się już dawno, co tamtejsze władze ostatecznie uznały), elementarnych praw przysługujących mu z tego tytułu nigdy nie utracił, nie zrzekł się ani nie został sądownie pozbawiony – a więc państwo polskie ma po prostu zwyczajny, kategoryczny obowiązek dopominać się wprost o wolność dlań lub przynajmniej o pilną ekstradycję. Janusz Waluś jest zabójcą, owszem, nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości – bowiem sam z wielką precyzją swój czyn zrelacjonował, nigdy nie wypierając się odpowiedzialności za śmierć Haniego. Ale przecież równie ewidentne jak samo sprawstwo pozostają jego motywacje – czysto polityczne, w żadnym wypadku nie pospolicie kryminalne, rozbójnicze czy osobiste.

Chris (Krzyś) Hani, „ukochany uczeń Nelsona Mandeli” (określenie z prasy postpeerelowskiej) – przeszedł długą drogę od katolickiej ministrantury w dzieciństwie i młodzieńczej fascynacji klasyczną literaturą, przez zarażenie marksizmem, udział w agitacji komunistycznej i eskalacji przemocy, aż po specjalne szkolenia KGB i wizyty w Moskwie. Dowodzona przezeń bojówka Umkhonto we Sizwe (Włócznia Narodu), zbrojne skrzydło Afrykańskiego Kongresu Narodowego (ANC), według skromnych szacunków w ciągu pierwszej dekady działalności (od 1976 r.) miała na koncie co najmniej 130 ofiar śmiertelnych (w tym blisko połowę cywilów, z czego większość czarnoskórych). Ile wyroków śmierci wydał Hani później, ilu zabójstw dokonali jego podwładni, a ilu samosądów dokonali ich „sympatycy” – trudno o wiarygodne statystyki. Trudno – ponieważ postać Haniego pozostaje dziś przedmiotem oficjalnego kultu w RPA, zdewastowanej i zdegradowanej przez jego partyjnych towarzyszy. Imię Haniego noszą tam dziś ulice i budynki użyteczności publicznej. A wszak od razu na wiadomość o jego śmierci zadedykował mu swą pracę (bodajże: „Widma Marksa”) słynny Jacques Derrida, guru postmodernistycznej filozofii, propagator tzw. dekonstrukcji. Jak to się u nas dawniej mówiło: „Każda potwora znajdzie swego amatora”.

U nas tymczasem to i owo jednak się zmieniło – przynajmniej w sferze narracji historycznej. Na szczęście dożyliśmy w Polsce czasów, gdy strzelanie do sekretarzy partii komunistycznej bynajmniej nie dyskredytuje automatycznie wykonawcy, a wręcz przeciwnie – stanowi przepustkę do narodowej legendy i predestynuje do roli wzorca patriotycznego. Jest tylko jeden warunek – najlepiej samemu być martwym. Wówczas Polska przyznaje się do swego bohatera, owszem – po odszukaniu na Łączce honoruje salwą i miejscem w Panteonie Żołnierzy Polski Walczącej. Otóż Janusz Waluś tego ostatniego kryterium nie spełnia – jako antykomunista żywy, okazuje się nadal zbyt „kontrowersyjny”, by Rzeczpospolita Trzecia i Pół chciała się do niego otwarcie przyznać, a co dopiero oficjalnie upomnieć o sprawiedliwość i wolność dla niego.

W tej sprawie nie chodzi już więc wyłącznie o osobistą wolność i poszanowanie godności samego Janusza Walusia – chodzi o powagę państwa i godność narodu polskiego. A tej ostatniej zachować nie sposób, wyznając jednocześnie kult świętego spokoju, ulegając szantażowi poprawności politycznej dla uproszczenia doraźnych rachunków politycznych, z góry ustępując przed nagonką „Wyborczej” i jej przyjaciół z międzynarodówki sierot po Marksie i Derridzie. Jeśli teraz po raz kolejny wszystkie pałace i ministerstwa w Warszawie, wszystkie ambasady i służby konsularne w Pretorii pozostawią Janusza Walusia na łasce i niełasce mściwych czcicieli pamięci towarzysza Haniego – będzie to kolejny moment niewesołej prawdy o realiach i limitach dobrej zmiany w MSZ. Jeśli do tego dopuścimy, jeśli nie daj Boże, przejdziemy nad tym do porządku – będzie to oznaczało kolejny akt derridowskiej „dekonstrukcji” duszy naszego narodu.

Źródło: https://polskaniepodlegla.pl

Mój komentarz:

Co tu pisać, jak nie ma o czym. Frymarczenie własnymi obywatelami, ale też i losem milionów Rodaków, którzy mocą decyzji międzynarodowych zbrodniarzy nagle znaleźli sie poza granicami państwa polskiego należy już do niechlubnej tradycji rządów warszawskich.

Polskojęzyczne dyplomatołectwo przymyka oczy na Janusza Walusia nie tylko dlatego, że ten wciąż żyje, ale głównie z tego powodu uważam, że przecież komunizm w wersji Gramsciego jest oficjalną ideologią UE (gwoli przypomnienia, poprzednik obecnego pijaczyny Żana-Kloda Junckera, nijaki Barroso, był za młodu ... maoistą! Z twarzy podobna do konia poprzednia „minister spraw zagranicznych” UE, Lady Ashton, była aktywistką brytyjskiej partii Komunistycznej itd). No więc jak w tych okolicznościach przyrody nasz rząd ma się upominać o polskiego obywatela więzionego w Pretorii?

A zresztą, to tylko jeden człowiek, a przcież rządy warszawskie mają w dupie pół miliona Polaków na Litwie, bo jesteśmy w sojuszu z szaulisami, mają w dupie dwa miliony Polaków na Białorusi, bo najważniejsze jest, by choćby po trupach polskości zaprowadzić tam demokrację w stylu Sorosa, mają w dupie Bóg wie ilu Polaków na Ukrainie, bo przecież najwazniejszy jest sojusz z banderowcami, z którymi mamy razem iść na Moskwę (zanim wspólnie spalimy Moskwę, to wpierw przywrócimy Ukrainie Donbas, co zgodnie z zapowiedziami ukraińskich polityków doprowadzi do rzezi donbaskiej, minimum 1,5 miliona osób zbędnych i dla Ukrainy bezwartościowych, bo uparcie rosyjskojęzycznych).

Zbliża się 11 lipca i znów będziemy świadkami plucia nam w twarz i -excusez le mot – pierdolenia, tak, pierdolenia z sejmowej mównicy, na którą wpełzną różne rzy-gowiny, jak to chcielibyśmy, ale nie możemy i że nie ma wolnej Polski bez promocji banderyzmu i jak to rezuny walcząc z polska szkołą w Mościskach czy z pracami poszukiwawczymi polskiego IPN-u bronią nas przez putinowską agresją.

[A propos:

Kibice z całej Polski włączają się w akcję Stowarzyszenia Polscy Kibice dla Kresowiaków, które organizuje zbiórkę funduszy i materiałów na wsparcie remontu oraz wyposażenie podpalonej polskiej szkoły w Mościskach.

//kresy.pl/wydarzenia/polscy-kibice-pomoca-dla-podpalonej-polskiej-szkoly-mosciskach-ukrainie/

Tymczasem rząd warszawski i władze samorządowe wolnych miast takich jak Breslau mają cokolwiek inne priorytety, np. utworzenie szkół ukraińskich w Polsce]

  

KOMENTARZE

  • Przez lata nie było nikogo, kto upomniałby się o prawo i sprawiedliwość dla Walusia
    http://dd.neon24.pl/post/138333,bloemfontein-rpa-rozprawa-ws-uwolnienia-janusza-walusia

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
     12
3456789
10111213141516
17181920212223
24252627282930