Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1492 posty 583 komentarze

MacGregor

MacGregor - J23 na angielskiej prowincji alias ruski agent ps. "Moherowe Walonki Putina"

Czesław Podlidecki: Kapitulanctwo Jerzego Giedroycia.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

[Zatrute dziedzictwo Jerzego Giedroycia słusznie podsumowała kiedyś Maria Pyż ze Lwowa stwierdzając, iż powinien był już dawno spaść z cokołów, to jest w tym samym czasie, co Lenin i Dzierżyński -McG]

Na początku lat dziewięćdziesiątych XX w., ówczesny przewodniczący Obywatelskiego Klubu Parlamentarnego w polskim Sejmie, piastujący następnie urząd ministra spraw zagranicznych III RP Bronisław Geremek i niechętne polskiemu interesowi narodowemu media przedstawiały w polsko-„litewskim” sporze na Wileńszczyźnie racje litewskich Bałtów[1] (niepodległość Litwy, antysowieckość, prozachodniość Bałtów). Nie dopuszczano zaś do głosu wileńskich Polaków. Rozgłaszano niesprawiedliwe opinie o wileńskich Polakach, jakoby nie byli oni prawdziwymi Polakami, a tylko spolonizowanymi Białorusinami, ludźmi sowieckimi.

Nie znający problematyki odbiorca w Polsce powinien był odczytywać skargi i dążenia Polaków z Litwy jako wręcz sprzeczne z polską racją stanu, bolszewickie i prosowieckie, słowem – moskiewską intrygę.
Uniemożliwianie przez „elity” III RP przedstawienia przez Polaków z Litwy swoich racji Narodowi Polskiemu miało jednak cel inny niż bezwarunkowe sprzyjanie niepodległości bałtyckiej Republiki Litewskiej.Zamiarem podstawowym takiej polityki było blokowanie odbudowy wspólnoty narodowej w Polsce. [w kraju i poza jego granicami -McG]
Odwoływanie się Polaków z Litwy do odczuć swoich rodaków w Polsce przyspieszyłoby niewątpliwie proces dekomunizacji, odzyskiwania pamięci zbiorowej, poczucia wspólnoty i powrotu do myślenia kategoriami interesu narodowego. Obawiając się takiego scenariusza a w konsekwencji utraty władztwa nad Polską, establishment III RP postanowił więc pozostawić „demony polskiego nacjonalizmu” na uwięzi. O tym, że była to polityka głęboko przemyślana, celowa, świadczy choćby nominacja przez B. Geremka na stanowisko „ambasadora polskiego” w Republice Litewskiej Jana Widackiego [lata 1992-1996], który odznaczył się walką z przywódcami polskich organizacji na Litwie, a w szczególności Związku Polaków. Ambasador ów twierdził nawet, że: Język polski na Litwie jest ubogi, rezerwowaty i tym nie zachwyca. To język archaiczny, nie nadający się do opisu rzeczywistości, do komunikowania się (por. A.Chajewski: Jeszcze o Widackim. Ignorancja?… Nie!!! Intryganctwo, “Myśl polska o kresach”, nr 10, grudzień 1995 r.). Jak pisze „Nasza Polska” Widacki znany był z rozlicznych wystąpień „demaskujących” rzekomy nacjonalizm wśród polskiej mniejszości narodowej na Wileńszczyźnie i z równoczesnego maksymalnego popierania polskojęzycznych grupek narodowych renegatów.[2]
Absolutny brak słuchu na wszystko, co dotyczy losu Polaków na Kresach, w kontekście szowinistycznych doktryn państwowych na Ukrainie, w Republice Litewskiej i na Białorusi cechował także innego, bardzo wpływowego polityka III RP z początku lat dziewięćdziesiątych XX w – Jacka Kuronia. Gdy 8 września 1990 r. jeden z posłów Sejmu RP wystąpił przeciw dyskryminowaniu Polaków mieszkających na Litwie przez rząd Republiki Litewskiej i domagał się od „rządu polskiego” wystąpienia w obronie praw obywatelskich mniejszości polskiej, spotkał się z natychmiastową gwałtowną ripostą Kuronia. Jego zdaniem wszelkie mówienie o tym, że Polacy są dyskryminowani przez litewskich Bałtów, szkodzi przede wszystkim tam mieszkającym Polakom. W ocenie Jacka Kuronia najlepiej pomożemy Polakom żyjącym na Litwie i w innych krajach, jeśli Polacy żyjący tu w Polsce nie będą dyskryminowali mniejszości narodowych („Westerplatte”, nr 1/1993, s. 16). Świadectwo braku związku emocjonalnego z Narodem Polskim dał zaś Kuroń mówiąc na Ukrainie: „Ja Polak ze Lwowa dumny jestem z tego, że Lwów jest ukraińskim miastem” (por. ukraińskie pismo “Wysokoj Zamok” z 5 lipca 1992 r.).[3]
Odpowiedzialność za odtrącenie przez „elity” III RP Polaków na Wschodzie, jak też za eskalację na Kresach Wschodnich wrogich polskości szowinizmów ponosi w znacznej mierze wychowawca tych „elit” Jerzy Giedroyc. Giedroyc wychodził z założenia, że największymi zagrożeniami dla Polski są polski nacjonalizm i klerykalizm, co rzutowało na jego negatywną ocenę tych wszystkich poczynań Polaków, w tym na Kresach Wschodnich, które ów nacjonalizm i klerykalizm mogłyby stymulować.
W ocenie Jacka Bartyzela „na Giedroyciu ciąży odpowiedzialność – właśnie jako na wychowawcy i autorytecie kilku pokoleń polskiej inteligencji – za język pogardy i nienawiści, jakim w III RP niezliczona chmara publicystów i felietonistów opisuje, ‘zionąc tolerancją’, ‘endecko-klerykalny Ciemnogród’. Podobnie rzeczy się mają z idée-fixe Giedroycia – tj. pojednania i sojuszu Polski z Ukrainą, Białorusią i Litwą: myślą szlachetną i rozumną, ale wyrażaną i forsowaną przez niego w sposób najfatalniejszy, sprowadzający się do nakazu bicia się przez Polaków w piersi za wszystkie ‘winy’, jakimi ‘partnerzy’ zechcą nas obdarzyć, a przemilczania rzeczywistych zbrodni, dokonywanych np. przez UPA; do zupełnej rezygnacji z upominania się o prawa narodowe i kulturalne ludności polskiej na dawnych ziemiach Rzeczypospolitej, a nawet zgody na absurdy fałszujące historię, jak rzekome istnienie ‘narodu ukraińskiego’ w okresie przedrozbiorowym.”[4]
W okresie międzywojennym Giedroyc był piłsudczykiem i rzecznikiem mocarstwowości Polski, jednym z liderów Myśli Mocarstwowej i Związku Pracy Mocarstwowej. Poglądy tego polityka były zarazem mocarstwowe, jak i kapitulanckie. Już w latach przedwojennych, dostrzegając narastający terror ukraiński na Kresach południowo-wschodnich stał się konsekwentnym zwolennikiem ukraińskiej autonomii w Małopolsce Wschodniej. Jak pisał po latach – „Dla mnie wartością nadrzędną było państwo. Byłem przekonany, że rozsadzają je odśrodkowe dążenia poszczególnych narodowości, z którymi trzeba dojść do porozumienia, jeśli państwo polskie ma w ogóle istnieć”[5]; „musimy prowadzić samodzielną politykę, a nie być klientem Stanów Zjednoczonych czy jakiegokolwiek innego mocarstwa” oraz że „naszym głównym celem powinno być znormalizowanie stosunków polsko-rosyjskich i polsko-niemieckich, przy jednoczesnym bronieniu niepodległości Ukrainy, Białorusi i państw bałtyckich, i przy ścisłej współpracy z nimi. Powinniśmy sobie uświadomić, że im mocniejsza będzie nasza pozycja na wschodzie, tym bardziej będziemy się liczyli w Europie Zachodniej.”[6]
Stawiane przed polską polityką cele, którymi było zapewnienie Polsce niepodległości i niezależności od państw silniejszych, prowadziły redaktora „Kultury” do wniosku, że właściwą ku temu drogą jest odnowienie idei federacyjnej (koncepcji międzymorza bałtycko-czarnomorskiego, Rzeczypospolitej wielu narodów). Celów tych nie można było, w ocenie Giedroycia, osiągnąć bez ustępstw wobec naszych sąsiadów na wschodzie – „Chcę po prostu zacząć stawiać konkretne zagadnienia, których się wszyscy boją poruszać, jak przykładowo: federacja z Litwą, a co z Wilnem, Ukraina, ale jak to pogodzić z traktatem ryskim? Czy traktat ryski należy do kategorii sakramentów, czy też może spokojnie podyskutujemy nad sensem tej granicy. (…) Wystarczy by być znienawidzonym przez wszystkich rodaków, niestety obawiam się – nie tylko na emigracji. Ale ktoś to musi zrobić”.[7]
Zainicjowana na początku 1952 dyskusja na łamach paryskiej „Kultury” doprowadziła do tego, że środowisko skupione wokół tego pisma, jako pierwsze na emigracji opowiedziało się za rewizją granic z 1939 r., co w praktyce oznaczało ustępstwa terytorialne na rzecz Ukrainy, Republiki Litewskiej i Białorusi. Kształtowaniu nowej wizji polskiej polityki wschodniej służyły w szczególności zamieszczane w „Kulturze” teksty współpracownika J. Giedroycia – Juliana Mieroszewskiego, do których należy zaliczyć w szczególności Prywatne inicjatywy politycznePolską ‚Ostpolitik’  czy Rosyjski ‚kompleks polski’ i obszar ULB.[8]
Naiwnością było założenie Giedroycia, że Ukraińcy, Białorusini i litewscy Bałtowie podzielą jego poglądy i dla ich realizacji porzucą antypolski szowinizm, zaczną szanować polską kulturę, polską ludność kresową oraz stworzą z Polakami silne państwo federacyjne stanowiące przeciwwagę Rosji i Niemcom. Stworzenie takiego państwa było wizją pociągającą przede wszystkim zniewolonych przez Sowietów Polaków. Programem dla pokrzepienia serc. Po upadku Związku Sowieckiego i utworzeniu nowych państw na obszarze polskich Kresów Wschodnich stało się jednak jasne, że kraje te nie życzą sobie jakiegokolwiek związku z Polską i usuwają na zajmowanych przez siebie wschodnich województwach II Rzeczypospolitej wszelkie oznaki ich wielowiekowego przywiązania do polskiej państwowości i kultury. Czy Giedroyc zrozumiał ostatecznie fiasko swoich fantazji? Raczej nie, biorąc choćby pod uwagę, że we wrześniu 1997 r. przyjął honorowe obywatelstwo Republiki Litewskiej.
Posiew myśli Jerzego Giedroycia nie zbudował (i nie zbuduje) mocarstwowości Polski, bo co to za mocarstwo, które bezradnie, kapitulancko toleruje antypolskie wybryki szowinistycznej polityki litewskich Bałtów oraz szowinistów ukraińskich. Co to również za sojusze, skoro nie jest nawet przesądzone czy Republika Litewska, Ukraina, o Białorusi nie wspominając, nie będą rzecznikami interesów Rosji i innych krajów.
Koncepcje redaktora naczelnego „Kultury”, często zniekształcane i interpretowane na wspak, stały się za to cenną inspiracją i uzasadnieniem dla polskojęzycznych sowieciarzy, którzy w polskim nacjonalizmie i rzekomym imperializmie dostrzegają zagrożenie dla idei słabej Polski, podległej woli obcych mocarstw.
We wspomnieniu, opublikowanym tuż po śmierci Redaktora w „Tygodniku Powszechnym” Tadeusz Chrzanowski tak oto interpretował poglądy Jerzego Giedroycia – „Pan Jerzy był przykładem demokratyzmu, pełnego zrozumienia cudzych ambicji i pragnień. Pochodzący z rodziny o korzeniach litewskich, był zarówno Polakiem, jak Litwinem, a więc indywidualną, jednostkową wypadkową wielkiego wydarzenia w dziejach Europy, jakim była Unia Korony i Litwy. Rozumiał wszelako, że nawiązywanie do tradycji owej unii jest nie do przyjęcia przez współczesnych Litwinów, Łotyszy, Białorusinów i Ukraińców. Był za maksymalnym zbliżeniem, wzajemnym sobie wybaczaniem, wspólnym marszem do Europy z obozu komunistycznego, który się na jego i naszych oczach rozpadał. Siedząc w swej podparyskiej samotni, doskonale orientował się w tym, co się dzieje w Środkowej i Wschodniej Europie. Nie poddawał się naiwnemu ale krzykliwemu antykomunizmowi ani antyrosyjskości. Obawiam się, że Polacy w swej ogromnej masie niewiele skorzystali z propozycji, które wysuwała „Kultura”, ale dobrze, że posiew myśli, którą lansował Pan Jerzy oraz zgromadzeni przez niego publicyści z Mieroszewskim, Stempowskim, Ungerem, Kruczkiem-Hellerem i wielu innymi, jednak przenikał do elit”.[9]
Powyższy pełen absurdów felieton, mówiący o zrozumieniu Giedroycia dla cudzych (a nie polskich) ambicji i pragnień, wywodzący z tradycji unii polsko-litewskich już nie dążenie do ponownej reintegracji krajów międzymorza (o co zabiegał całe życie J. Giedroyc), ale właśnie konieczność ich od Polski oddzielenia i sugerujący rzekomą krytykę przez Giedroycia polskiego antykomunizmu i antyrosyjskości[10] wskazuje, jak wykorzystywana jest myśl Jerzego Giedroycia: nie do wzmocnienia i usamodzielnienia Państwa Polskiego, ale w zupełnie odmiennych celach. Zapewne długo jeszcze będziemy borykali się z tego typu problemami, jako że w latach 1944-48 Sowieci, niszcząc rodzime polskie elity, osadzili w Polsce na wszystkich kluczowych stanowiskach, w celu obezwładnienia i zniewolenia Narodu Polskiego, 200.000 swoich obywateli.[11]  Wielu ich dzieci i wnuków żyje pośród nas.
Źródło i literatura:http://narodowikonserwatysci.pl (tekst z 2012 roku)
Komentarz McG:
Zwróćmy uwagę na poniższy fragment tesktu i nasuwające się zeń wnioski:
„Uniemożliwianie przez „elity” III RP przedstawienia przez Polaków z Litwy swoich racji Narodowi Polskiemu miało jednak cel inny niż bezwarunkowe sprzyjanie niepodległości bałtyckiej Republiki Litewskiej. Zamiarem podstawowym takiej polityki było blokowanie odbudowy wspólnoty narodowej w Polsce.Odwoływanie się Polaków z Litwy do odczuć swoich rodaków w Polsce przyspieszyłoby niewątpliwie proces dekomunizacji, odzyskiwania pamięci zbiorowej, poczucia wspólnoty i powrotu do myślenia kategoriami interesu narodowego”.
Otóż ZANIM odbudujemy imperium jagiellońskie, Polskę od morza do morza, zanim osiągniemy wspólną granicę polsko-chińską na Uralu i temu podobne fantasmagorie, NAJPIERW ODBUDUJMY POLSKĄ WSPÓLNOTĘ NARODOWĄ, odzyskajmy pamięć zbiorową i nauczmy się myśleć kategoriami WŁASNEGO interesu narodowego. Pamiętajmy o jednym, ponad 60-milionowym narodzie ponad granicami i ponad zaborami. Albowiem dziedzicem i nośnikiem tradycji Rzeczpospolitej Obojga Narodów jest dzisiejszy naród polski, a nie programowo wyrzekający się tego dziedzictwa bałto-litewscy Żmudzini, a tym bardziej nie opętani przez szatana banderowcy, wykluczający się nie tylko z dziedzictwa dawnej Rzeczpospolitej, ale i ze społeczności ludzkiej jako takiej.
Powiada się, że Wielka Brytania nie ma stałych przyjaciół, a tylko stałe interesy. My za to na siłę szukamy nie tylko przyjaciół, ale wręcz braci, niejednokrotnie ku szczeremu zdziwieniu tych ostatnich. Tymczasem istotnie mamy miliony braci za naszą wschodnią granicą, a konkretnie na polskich ziemiach bezprawnie od Macierzy oderwanych i mam tu na myśli tych Polaków, którzy nigdy Polski ani polskości się nie wyrzekli, mimo że rządy warszawskie o nich zapominały a nawet niejednokrotnie nimi frymarczyły.
Na Wileńszczyźnie nasi bracia są bardzo dobrze zorganizowani i tylko od prawie 30 lat ich ręka wyciągnięta do Macierzy zawieszona jest w powietrzu. W dzisiejszym okręgu lwowskim do 30% mieszkańców zwarcie zamieszkujących obszar przygraniczny to Polacy i naszym priorytetem powinno być zapewnienie im polskich szkół, kościołów i bezpieczeństwa, a nie państwowa przynależność Krymu. Na Wołyniu porąbane kości moich braci kruszeją rozrzucone i zapomniane w niepoświęconej ziemi, zaś wciąż żyjący zbrodniarze oraz ich dzieci i wnuki nie są moimi braćmi.
Nie szukajmy i nie twórzmy sobie na siłę „braci” starszych, strasznych, młodszych i innych. Wystarczy, że otworzymy oczy i zobaczymy ich tam, gdzie są w rzeczywistości. I dopiero przypomniawszy sobie o własnych korzeniach, o własnym dziedzictwie i odzyskawszy wspólnotę narodową, będziemy mogli zacząć realnie myśleć o uniach, federacjach, międzymorzach – jeśli będą nam jeszcze do czegokolwiek potrzebne. 

KOMENTARZE

  • 5*
    Oczywiście!

    "Otóż ZANIM odbudujemy imperium jagiellońskie, Polskę od morza do morza, zanim osiągniemy wspólną granicę polsko-chińską na Uralu i temu podobne fantasmagorie, NAJPIERW ODBUDUJMY POLSKĄ WSPÓLNOTĘ NARODOWĄ, odzyskajmy pamięć zbiorową i nauczmy się myśleć kategoriami WŁASNEGO interesu narodowego."

    Sedno!

    "Nie szukajmy i nie twórzmy sobie na siłę „braci” starszych, strasznych, młodszych i innych. Wystarczy, że otworzymy oczy i zobaczymy ich tam, gdzie są w rzeczywistości. I dopiero przypomniawszy sobie o własnych korzeniach, o własnym dziedzictwie i odzyskawszy wspólnotę narodową, będziemy mogli zacząć realnie myśleć o uniach, federacjach, międzymorzach – jeśli będą nam jeszcze do czegokolwiek potrzebne."

    Dziękuję za tę notkę, którą każdy zwolennik Międzymorza, Polski od morza do morza, Wielkiej Polski i innych wyimaginowanych tworów politycznych powinien sobie nad łóżkiem powiesić.
  • To taka oczywista oczywistość!
    Czy "nasi" politycy tego nie rozumieją?
    Bez złudzeń! Oni doskonale to rozumieją tylko, że nie reprezentują interesów polskiego narodu.
    Dużo o tym mówią ale nic w tym względzie nie robią.
    Mało tego, robią wszystko żeby nas zniszczyć.
    Najwyższy czas żeby sobie to jasno uświadomić.
  • Piłsudski i jego protegowany Anders mieli wspólne z Giedroyciem poglądy i"światopogląd" kosmopolityczny
    Maskowali "uzasadniali" to zaliczaniem się do "szlachty kresowej krwi senatorskiej" czyli "litewskiej" częściowo z korzeniami niemieckimi lub żydowskimi stanowiącej rodzaj arystokracji carskiej uznanej biurokratycznie za "dworian", z ktorej wywodziło się wielu wyższych dowódców carskich okresu I wojny św. z nazwiskami przeważnie niemieckimi.
    Gen. Andersowi udało się przejąć ukryte przed nim nieskutecznie przez ppłk Dorotycza "Hańczę"ponad milion $ z dwunastu wymolestowanych u Rosevelta przez Mikołajczyka i gen Tatara na działalność AK. Po wojnie za te fundusze zaufani zakupili nieruchomości w Palestynie, Włoszech, Hiszpanii i Francji, które szybko drożały
    ( przedsiębiorstwa zaufanych Andersa wszystkie splajtowały).
    Za fundusze ze sprzedawanych nieruchomości gen Anders patronował głównie Kulturze Giedroycia.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
 123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031