Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1463 posty 449 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J23 na angielskiej prowincji alias ruski agent ps. "Moherowe Walonki Putina"

Mój kuzyn Mareczek.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Poniższa historia nie jest przeróbką klasycznej powieści Daphne du Maunier pt. „Moja kuzynka Rachela”, co więcej, nie ma z nią żadnego związku przyczynowo-„sekutkowego”, próbuje natomiast formą nawiązywać do humoresek Jerome K. Jerome’a.

Mój kuzyn Mareczek nie jest jakimś chłopem, jeno szlachcicem, choć ubogim. Część majątku może i została przez przodków przepita, ale herbu Nałęcz i honoru nikt nie odebrał. Tyle, że z powodu ubóstwa musiał razem ze mną pójść na kilkuletnią poniewierkę wśród bladych mieszkańców Wysp Brytyjskich. Niech już zresztą raczej będą twarze blade i piegowate, niż nadmiernie opalone z przyrodzenia. I tylko te tatuaże! Stoi człowiek w kolejce za jakąś tłustą babą i czyta na szyi: Ryan, Colin, Alan (mam nadzieję, że to imiona synów, na wypadek zaniku pamięci), na plecach krzakami wypisane menu z chińskiej restauracji, a na samym końcu pleców motylek. I dziwić się potem, ze mówi motyl do motylka: wiesz co, zamyślam wytatuować sobie tłustą, bezrobotną babę na końcu odwłoka.

Kuzyn Mareczek jest z kategorii tych, co to „work hard and play hard”.

Razu pewnego nie wytrzymał, widząc, jak jego angielscy koledzy wnoszą po schodach jakieś elementy płyt meblarskich, nie dość, że po dwóch do jednej, to jeszcze stękając i chromając, wkurzył się i zawoławszy „you English wimps!”, zarzucił sobie sam wszystkie naraz na plecy i zaniósł na które tam piętro było potrzeba. „A cholera z nimi” – opowiadał mi potem przy browarze – „patrzeć nie mogłem na tych guzdrających się gamoni”.

Kiedy indziej znowu, przed Bożym Narodzeniem chodzi czegoś jak markotny Marek. Okazuje się, że szef zorganizował u siebie przedświąteczne spotkanie firmowe, tyle, że dojechać trzeba samochodem, a jak niby potem wrócić? Tak się przymawiał, że w końcu nie miałem innego wyjścia jak zaoferować sie jako kierowca. Na miejscu wszyscy pili piwopodobne napoje bezsmakowe typu Carlsberg czy Foster (picie amerykańskiego Budweisera nazywa się chyba urynoterapią?), ale mój kuzyn Mareczek postawił sprawę jasno: „I ain’t no English wimp”, takie siki to niech sobie pije mój kierowca (to o mnie), bo będzie jechał, a ja tu proszę dobrą szkocką okowitę z pierwszego pędzenia, czyli single malt whisky i to migusiem, please, for fook sake, taka wasza w te i nazad. Minęło czasu małowiele, a tu zmięszany angielski „starosta weselny” woła do szefa: szefie, whisky już się skończyła, a Mareczek woła o jeszcze! Szef na to, że powinna być jeszcze jedna flasza w kabinecie. – Kiedy tę też już opróżnił!

Sytuację ratować musiała żona szefa jakąś zapodzianą butelką Jamesona, ku z trudem skrywanej dezaprobacie, jeśli wręcz nie odrazie kuzyna Mareczka, że co mu tu wciskają jakąś whiskey z dodatkowym E (czyli irlandzką). I dziwić się, że historia przeszła potem do zakładowej legendy.

Znajomość angielskiego kuzyna Mareczka jest dość nierówna, wynikająca z codzienych potrzeb i dlatego wie, jak jest po angielsku ‘zrywka nasiębierna’, a dopiero niedawno dowiedział sie, że ‘they’ to po ichniemu ‘oni’ – bardzo dziwne słowo, skomentował, mam nadzieję, że mnie nie nabierasz. Skądinąd miał całkowitą rację, albowiem they/them/their to zapożyczenie ze skandynawskiego (Old Norse). [A propos, wg profesora J.McWorthera, zanik i tak dość skromnego repertuaru końcówek deklinacyjnych języka staroangielskiego (OE) w dzisiejszej angielszczyźnie nie jest wbrew powszechnej opinii wynikiem wpływu języka Normanów po roku 1066, ale języka duńskiego na obszarze Danelaw – skąd i dzisiejsze ‘they’ pochodzi].

[O brzydkie robienie rodaków w konia podejrzewało mnie pamiętam dwu kierowców, którzy pytali o drogę do ‘lajkaster’. Angielski kolega z pracy na to: Ah, Lancaster, a to jeszcze trzy godziny. Ale przecież miała być godzina, nie róbcie nas w konia. Pokażcie, powiadam, jak się to pisze: Leicester. Sprawa się wyjasniła, chodziło im o ‘lester’ Musiałem się przysięgać na wszystkie świętości, że to tak się czyta i że naprawdę nikt nikogo nie wysyła pod durnego chatę. Postanowili w końcu posłuchać, ale z dużym niedowierzaniem. Nie naśmiewam się broń Boże, ale historia uważam zabawna].

Dobry jest chłopak z mego kuzyna Mareczka, bo i na lampkę wina czasem zaprosi (to, że lampka ma litr pojemności, to inna – tu przypomina mi się historia z Ruskimi, biesiadują i piją samogon ze stakanów, mimo, że na ławie stoją gustowne, kryształowe kieliszeczki; zapytani na tę okoliczniość wyjaśnili, że kryształowe kieliszki są po to, żeby nikt nie myślał, że brak im kultury, zwłaszcza kultury picia), mimo, że urodzeniem mu nie dorównuję, bo on herbowy po mieczu, a ja jeno po kądzieli, ale jak pisał Jan z Czarnolasu:

Niech się tu nikt z państwem nie ozywa

 Ani z nami powagi używa

Przywileje powieśmy na kołku,

A ty wedla pana siądź, pachołku!

 

Ostatnio rzecze do mnie: słyszałem, że cię połowica nagabuje, żebyś w sypialni dużą szafę z IKEI zamontował, więc jak chcesz, to pomogę, ale albo w ten długi weekend (w zeszły poniedziałek mielim tu tzw. Spring Bank Holiday), albo w przyszłym roku.


 Myślę sobie „gdy jem karpia!” (po łacinie carpe diem), pożyczyłem od szefa małą cieżarówkę i zapycham w sobotę do IKEI w Coventry (po angelsku „wysłać kogoś do Coventry” oznacza dystansować się od kogoś, ostracyzmować, udawać, że nie istnieje) – pół dnia zabrało mi kolekcjonowanie poszczególnych elementów w samoobsługowym magazynie i jeszcze okazało się, że brakuje jednej ramy.

-W komputerze jest, ale jeśli nie ma na półce, to znaczy, że została zgubiona – poinformował mnie sympatyczny koleś z obsługi klienta.

 

Ja rozumiem, że za rządów PO nie takie rzeczy gubiono, np. przy przejmowaniu przez ZUS pieniędzy z OFE w 2014 nie doliczono się 19 mrd PLN, co posągowa pani Kidawa-Błońska z charakterystyczną dla swej partii błyskotliwością wyjaśniła, że pieniądze te „poszły na takie rzeczy” [o tempora, o mores! co za banda durniów i złodziei rządziła Polską przez osiem lat, ja nie chwalę PiS-u, ale takiego kurestwa jak za PO to ze świecą szukać!...przepraszam, w nerwach źle napisałem, powinno być „takiego kurewstwa jak za PO”, w kurewstwie Platformy zwanej szyderczo obywatelską powinny być dwa „w”!!!] i chyba dopiero później okazało się, że to wynik księgowego kuglowania ministra Rostowskiego. No ale byli ministrowie PO nie pracują w angielskiej IKEI, a raczej w ramach słusznej zemsty za Wołyń wysyłani są w ministry na Ukrainę [brakuje tam jeszcze ministry Muchy, żeby się zajęła kulturowym ubogacaniem rezunów]. ... no ale żeby zgubić ramę ważącą 50kg ...

 

Nie skorzystałem z rady, by spróbowac szczęścia nazajutrz i z Coventry pojechałem po tę nieszczęsną ramę do IKEI w Birmingham. A tam, żeby dojść do magazynu musiałem przejść całą ichnią „ścieżkę zdrowia” – no trzeba mieć i zdrowie i samozaparcie.

Łączna waga prawie 200kg, elementy długie na dwa i pól metra i od samych zakupów miałem już zakwasy jak skurczybyk, a gdzie jeszcze montaż?

 

Wiadomo, że jeśli zza ściany dobiega wielogodzinne pukanie to albo sąsiadka ma nowego kochanka-długodystansowca, albo sąsiedzi składają szafę z IKEI. Montowalim ją z kuzynem Mareczkiem –zawodowym stolarzem dwa dni, w międzyczasie kuzyn Mareczek rzucił około tuzinem kop (albo kopą tuzinów – mnożenie jest jak pamiętamy działaniem przemiennym) słów powszechnie uważanych za obraźliwe, wystosował wobec projektanów szafy dwie setki gróźb powszechnie uznawanych za karalne, a do tego jeszcze pod nogami pałętał nam się podrzucony przez znajomych na kilka dni Westie czyli pies rasy West Highland white terrier wabiący się Montmorency, ale przeze mnie zwany Binkie (dziś rzadko jeśli wogóle spotykane imię psa z mojego pierwszego podręcznika do angielskiego autorstwa Dobrzyckiej i Kopczyńskiego; na imie Binkie natkąłem się przypadkiem niedawno w powieści Terry’ego Pratchetta „Mort”, tylko że tam jest to imie konia), zaś przez mojego kuzyna Mareczka nazywany „Wypierdalaj!”

Akurat był straszny upał i nie mieliśmy ani czasu ani chęci na jakies gotowanie, więc dwa dni żyliśmy na zupie chmielowej z polskiego sklepu, nie licząc jajek na sniadanie i schudlismy po kilogramie każdy.

Kiedy w końcu szafa była już szczęśliwie zamontowana, od ściany do ściany i od podłogi po sufit nie posiadałem się ze szczęścia i pomyślałem szyderczo – che che, ciekawe, ile czasu zajmie żonie zawalenie TEJ szafy ciuchami. I zacząłem póki co kłaść do niej własne rzeczy wypakowane z poprzednio tu stojącej małej szafki ... zmieściłem ledwo połowę.

 

Wracając do mojego kuzyna Mareczka, choć nie zawsze zachowuje trzeźwość, to cechuje go trzeźwe podejście do życia. Zapytał mnie kiedyś, kto to jest ten gender, o którym tyle i z taką ekscytacją rozprawiają w TVN-ie osobnicy ... chyba płci żeńskiej, choć urody co najwyżej radiowej, jak np. ten kaszalot obrzydzający ‘Pytanie na śniadanie’ tudzież niemieckie produkty niemieckiego Lidla (może i dobrze!).

Zacząłem objaśniać, że podług tej teorii płeć jest konstruktem i kategorią kulturową,a nie biologiczną, – no chyba cię! – przerwał bez ogródek – facet niby niegłupi i niby oczytany, ale żeby takie pierdoły opowiadać! – ja przecież tylko odpowiadałem ci na pytanie ... – wstydziłbyś sie nawet!

 

Oberwało mi się tym razem za niewinność, ale postanowiłem to sobie wynagrodzić i wykorzystać mojego kuzyna Mareczka w charakterze barometru zdrowego rozsądku w polityce. Nie każdy bowiem ma tak jak np. ta Biełsat-owska paniusia z dobrego domu barometr wewnetrzny, pozwalający wykrywać „ruską agenturę” (quantilla sapientia! czyli jakże małą mądrością ... ), niektórzy potrzebują zewnetrznego.

W stosunku do Żmudzinów, bezprawnie uzurpujących sobie dziś miano Litwinów, nie jesteśmy z kuzynem obiektywni, bo razem z Niemcami w 1942 roku zamordowali nam dziadka w Święcianach, w ramach odwetu za zabójstwo przez partyzantkę bolszewicką trzech Niemców (patrz  Niemiecko-litewska zbrodnia na Polakach w Święcianach  oraz  Historia kresowa; 400 Polaków za 3 Niemców – taki to pożytek przyniosła nam na Wileńszczyźnie partyzantka bolszewicka; tu przypomina mi się zdroworozsądkowa wypowiedź prof. Wolniewicza nt. akcyj Armii Krajowej przeciwko niemieckim dostawom kolejowym na front wschodni. I po co? A trzeba było spokojnie stać czy choćby i leżeć z bronią u nogi i zacierać ręce patrząc, jak dwu bandziorów wyniszcza się wzajemnie i oby ich był obu szlag trafił!).

 

Zaczepiłem tedy kuzyna Mareczka na temat naszej polityki wschodniej, usiłując objaśnić mu jej bezdroża, meandry, tajniki i arkana, ale zaraz przerwał słowami: co ty do mnie rozmawiasz jak na jakiejś akademii pierwszomajowej! Jaka Litwa, jaka Ukraina, jaka wojna z ruskimi i po co? Dogadać się z tym kałmuckim ryjem, jak mu tam, Putin? I hadlować, sprzedawać, kupować, jakie szkoły trzeba pokończyć, żeby takie proste sprawy zrozumieć? I przestań pytlować jęzorem, tylko polej, bo od samego słuchania twoich koszałków-opałów sucho mi się w gardle zrobiło! Wypierd*laj! Nie do ciebie, to do psa!


 

No cóż jeszcze dodać, poza oczywistym, że każdemu życzę, żeby miał takiego kuzyna Mareczka w rodzinie :)

 

Zastrzeżenie:

Wszelkie postaci i zdarzenia w powyższej historii są prawdziwe, ale nie ponoszę za to żadnej odpowiedzialności

 

 

 

 

 

KOMENTARZE

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930