Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1464 posty 452 komentarze

MacGregor

MacGregor - J23 na angielskiej prowincji alias ruski agent ps. "Moherowe Walonki Putina"

Władysław Konopczyński: O idei jagiellońskiej.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Tzw. idea jagiellońska okazuje się abstrakcją późniejszych porozbiorowych czasów, wysnutą z psychologicznej interpretacji bardzo rozmaitych zjawisk.

 

 [Dzisiejsze patriotyczne elity polskie ... czy może tylko żoliborskie, kierujące się w swoim działaniu naiwnością wynikającą z najzwyklejszego chciejstwa zastępującego racjonalny namysł, z nieprzepracowanej traumy, histerycznej rusofobii i tradycji romantyczno-mesjanistycznej, powołują się w swoich programach (jak np. propagandowo-lizusowska broszura T.Sakiewicza „Testament I Rzeczpospolitej”) na wyimaginowaną i stworzoną ex-post „ideę jagiellońską” używając jej jako wytrychu. Idea ta, nie mająca odbicia nie tylko w dzisiejszej rzeczywistosci, ale nawet w rzeczywistosci ostatnich trzech stuleci, na siłę wtłaczana do polityki polskiej, prowadzi nas na coraz niebezpieczniejsze manowce. Stąd wielkie podziękowania dla redakcji „Dziennika narodowego” za przypomnienie i udostępnienie jakże dziś aktualnych uwag profesora Władysłąwa Konopczyńskiego -McG]

 

Głośno było o niej w dyskusjach politycznych, gdy Józef Piłsudski szedł wiosną r. 1919 na Wilno i w słynnej odezwie, zaczynającej się od wyrazów „Wasz kraj" wzywał ludność kresową, by postanowiła o swoim losie. Znów przypomniano jagiellońskie tradycje w r. 1922, gdy sejm ustawodawczy w zgodzie z sejmem wileńskim dążył do zespolenia Wileńszczyzny z resztą Polski w jedno nierozdzielne ciało, wbrew polityce Naczelnika Państwa, który chciał Wilno połączyć z Kownem, aby oboje luźniejszym węzłem związać z Polską. Z pomocą historyków nauczyliśmy się wtedy w dziejach przeciwstawiać wolnościowe zasady Jagiellonów zasadom absolutystycznym Habsburgów i Hohenzollernów, w teraźniejszości zaś traktować ideę jagiellońską jako przeciwieństwo nacjonalizmu. Idea jagiellońska miała służyć za drogowskaz wszystkim przeciwnikom koncepcji państwa narodowego przy rozstrzyganiu kwestii litewskiej, ruskiej, niemieckiej, a nawet żydowskiej; na nią przysięgać miał każdy, kto nie chciał wpaść w ciasną uliczkę nacjonalizmu, utożsamianego z hakatyzmem.
(...)
Dotychczas nie wiadomo, kto ją pierwszy sformułował, lub choćby wymienił jej hasło. (...)
Definicja p. Witolda Kamienieckiego, świeżo ogłoszona w „Kwartalniku Historycznym" (1928, str. 209):
„Idea Jagiellońska jest to system polityczny, polegający na przyciągnięciu do Państwa Polskiego w drodze dobrowolnych akcesów, unii, terytoriów ościennych wypełniających obszar geograficzny między Karpatami i Bałtykiem. Utworzona w drodze unii Rzeczpospolita Jagiellońska opierała się w swojej budowie na następujących zasadach: ustrój związkowy (Korona — Litwa), w jego obrębie autonomie poszczególnych części składowych, administracja złożona z miejscowych obywateli, równouprawnienie językowe, tolerancja wyznaniowa, rozwój demokratycznych wolności obywatelskich, uzgodnienie patriotyzmu państwowego Rzeczpospolitej z patriotyzmami lokalnymi i lokalno-narodowymi, apostolstwo cywilizacji zachodniej".
Każdy przyzna, że powyższa formuła może się rozciągnąć także na czasy przyszłe; wypracowana z udziałem uczonych, idea jagiellońska staje się atutem w rękach polityków czynnych, zajętych porządkowaniem spraw między Karpatami a Bałtykiem i Dnieprem. Oskar Halecki przyznaje, że go do ogłoszenia cennych Dziejów Unii Jagiellońskiej wzywały wypadki współczesne. „Triumf tych praw moralnych, który w cudowny sposób przywrócił nam wolną Ojczyznę, uzasadnia nadzieję, że także idea jagiellońska, święta spuścizna jej dawnych dziejów, mimo nieprzezwyciężonych na pozór przeszkód, może się ziścić na nowo. Ona jedna, nawrót do jej tradycji, może rozwiązać dziś, jak w XIV lub XVI wieku, problem trwałej odbudowy Wschodniej Europy". Aby jednak te złote wieki jagiellońskie „należycie zrozumieć i ocenić trzeba stosować wyższe kryteria, aniżeli doraźny interes własnego tylko narodu, ciasno i egoistycznie pojęty", a więc to tylko „uznać... za czynnik postępu w dziejowym rozwoju, co zbliżało do siebie trzy narody unią objęte".

 
[zwróćmy uwagę na do dziś pokutujący w powszechnej opinii Rodaków anachronizm w tekscie O.Haleckiego - rzeczywista (w odróżnieniu od wyimaginowanej) unia nie obejmowała zadnych TRZECH "narodów", a jedynie DWA narody polityczne, tzn. tylko cieszących się pełnią praw obywatelskich mieszkańców Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego - McG]

(...)
Wiek XX niewiele ma zagadnień identycznych z zagadnieniami wieku XV, więc i dyrektywy stosowane w nim muszą brzmieć odmiennie, choćby wyrastały ze wspólnej tradycji. Chodzi atoli właśnie o szersze tło ideowe wspólne dla wielu wieków, płodne za czasów Jagiełły i podobno obiecujące jeszcze dzisiaj. Na czym ono polega? Jakie to tendencje apelują dziś do cieniów jagiellońskich, na jakiej podstawie historycznej? W dzisiejszym rozumieniu idea jagiellońska oznaczać ma przeciwieństwo zaborczego imperializmu na zewnątrz, tudzież państwa narodowego na wewnątrz, oznacza jak najszerszy samorząd dzielnicowy i kulturalny oraz indyferentyzm państwowy wobec różnic narodowościowych, językowych i religijnych w kraju. Syntezą pierwszego i drugiego pierwiastku będzie federalizm — wolne współżycie ludów na świeżym powietrzu, pod wspólnym lekkim i niekosztownym dachem, gdzie się zaciera granica między polityką wewnętrzną i zewnętrzną, między tym, co moje i twoje.
Czy ktoś przed rozbiorami coś podobnego stworzył lub sformułował? Zachowały się po królach i mężach stanu jagiellońskich ułamkowe słowa, z których przebłyskuje ideologia na pozór zbliżona do powyższego ujęcia. Znane są wzniosłe słowa aktu horodelskiego, łagodne odezwania się i orędzia Zygmunta Starego, ojcowskie rady Zygmunta Augusta dla sejmujących stanów, jego testament, jego listy do postronnych monarchów, gdzie ostrzega przed okropnościami rządów moskiewskich czy osmańskich. Ale żaden przedstawiciel tej dynastii nie powiedział nam wyraźnie, jaki system polityki zewnętrznej i wewnętrznej uważa dla siebie i następców za obowiązujący. Szczęściem, lepiej od słów świadczą o ideach czyny. Z tej olbrzymiej księgi dziejowej można wyczytać ideę jagiellońską za pomocą ścisłej interpretacji pobudek osób działających przy ścisłym uwzględnieniu okoliczności zewnętrznych, które nieraz zmuszają męża stanu do postępowania wbrew elementarnej pobudce. Rzeczywista idea jagiellońska — to wcielenie pewnego ideału (lub niekiedy tylko uczuć) w realnych, zmiennych warunkach historyczno-geograficznych XIV, XV i XVI w.
(...)
Nasamprzód, co do naszej polityki zagranicznej XIV, XV i XVI wieku wiadomo, że nie wytryskała ona z jednego rodzinnego źródła, ani nie polegała na samym wyciągnięciu opiekuńczych ramion ku sąsiednim ludom. Unia krewska i horodelska były dziełem panów małopolskich; dalsza ekspansja dynastyczna — sprawą Zbigniewa Oleśnickiego i Kazimierza Jagiellończyka; załatwienie sprawy pruskiej — zasługą czy też winą Zygmunta I i jego doradców senatorów koronnych; Unia Lubelska z Litwą, Prusami i cząstką Śląska — połowicznym wynikiem kampanii, prowadzonej przez izbę poselską. Towarzyszyła tej polityce do 1515 roku, a poniekąd i dłużej, ambitna rywalizacja z Habsburgami. Zwłaszcza Kazimierz Jagiellończyk i Elżbieta Austriaczka, „matka królów", oboje pełni poczucia dynastycznego, uprawiają imperializm dynastyczny, nie gorszy od andegaweńskiego albo habsburskiego: chcą mieć Czechy dla Władysława, Węgry dla św. Kazimierza lub Olbrachta, Litwę dla Aleksandra, Mołdawię lub duży kawał Śląska dla Zygmunta, z tą myślą przewodnią, aby Polska całego tego konglomeratu była ośrodkiem i ostoją. Są podobieństwa między dynastyczną polityką Jagiellonów oraz Habsburgów, i jest ta ważna różnica, że nasi książęta z większym zamiłowaniem i lepszym zrazu sukcesem zabiegają o dobrowolne poddanie się obcych krajów pod ich zwierzchnictwo. Zdarzają się zresztą na tym polu niekonsekwencje. Kazimierz IV sięga po Czechy w r. 1471 na podstawie wolnej elekcji królewicza, Węgrom zaś przytacza swoje tytuły dziedziczne, na przekór swobodnie wybranemu Korwinowi. Małżeństwa Jagiellonów i Jagiellonek służą oczywiście, jak wszystkie związki rodzinne władców, celom politycznym, choć niekoniecznie prowadzą wprost do ekspansji: tylko ślub Zygmunta I z Barbarą Zapolyą, oraz córki jego Izabelli z Janem Zapolyą zmierzają do utrzymania Węgier pod jagiellońskim wpływem. Małżeństwo Aleksandra z Heleną Iwanówną, Zygmunta z Boną, jego syna z dwiema Austriaczkami miały umacniać pokój z niebezpiecznymi sąsiadami Polski - Litwy. To samo dotyczy ślubu Jagiellonek z książętami Brandenburgii i Brunszwiku. Zresztą na tym polu nie umieli Jagiellonowie dotrzymać kroku Habsburgom, jako wynalazcom zasady: Bella gerant alii, tu felix Austria nube.
Niewątpliwie politykę jagiellońską wobec sąsiadów cechuje wielka łagodność, dobroć i pokojowość. Niewątpliwie też pomagali sobie wobec zagranicy tym, co stanowiło ich słabość w rządzie wewnętrznym: kto tak hojnie rozdawał swoim przywileje czerwińskie, nieszawskie, temu chętnie poddawali się Czesi, Prusacy i Węgrzy. Raz jeden podjęto zdobywczą w pomyśle, katastrofalną w wykonaniu wyprawę na Wołoszczyznę (1497 r.) i raz wzięto pod opiekuńcze skrzydła cudzych poddanych (1454), parę razy popierano zbrojnie swe prawa do Czech i Węgier. Poza tym same słuszne rewindykacje lub akty samoobrony. Brakło tygrysich instynktów — ale brakło i środków wojennych, w których posiadaniu rozwijają się zdobywcze ambicje: kto miał takie wojsko, jak Kazimierz IV pod Chojnicami, lub Aleksander pod Wiedroszą, kto tyle klęsk poniósł we własnym kraju w walce o reformę wojskową, jak Zygmunt Stary, kto miał taką lichotę pod bronią, jak Zygmunt August na Litwie, ten mógł się wysilać na doraźne masowe mobilizacje (1474, 1497, 1520, 1557 i 1567), ale napierać planowo w pożądanym kierunku nie mógł.
Na ogół wschód stanowił teren mniejszego oporu, i Litwa za czasów swej odrębności wielkoksiążęcej tam właśnie wynagradzała sobie dziesięciokrotnie straty poniesione od Krzyżaków. Podobną pokusę miała, a poniekąd zapożyczyła sobie od Litwy Korona. Trzeba jednak przytoczyć na zaszczyt dla Jagiellonów fakt, że umieli okiełznać imperialistyczne na Rusi zapędy w imię wyższej narodowo-państwowej racji stanu, zorientowanej ku zachodowi. Najwymowniejszym umiejętności tej dowodem traktat Kazimierza Jagiellończyka z Moskwą z r. 1449, zmierzający do rozgraniczenia sfery wpływów Litwy i Moskwy: gdyby ten wielki książę nie został dopiero co królem polskim i nie przeniósł świadomie punktu ciężkości swej polityki ku granicy niemieckiej, Litwa utonęłaby w „podbitych" bezmiarach wschodu, przestałaby być w ogóle Litwą. Polski rozum stanu, mianowicie wzgląd na Bałtyk, Czechy i Węgry, stale kierował ręką Kazimierza IV, a po nim Zygmunta I, polska racja stanu wyraziła się w polityce bałtyckiej Zygmunta Augusta i w programie Karnkowskiego wobec Gdańska, a i działalność Radziwiłła Czarnego w Inflantach była również odwróceniem się od tego, co dziś chętnie pozorujemy „jagiellońską" tradycją, tj. od bezprogramowego eksperymentowania na Rusi.,
Owoce zbieraliśmy przeważnie w formie umów, paktów, przymierzy — to prawda. Owe pacta, foedera, były wstępnym krokiem do zespolenia dependencji z jądrem państwa: traktat i hołd lenniczy osiągnął Zygmunt Stary w walce z Albrechtem, pactum subjectionis i znowuż hołd Kettlera, Zygmunt August w zapasach o Inflanty. Również i stosunek z Mołdawią pospolitą drogą wiódł przez umowę do hołdu. Tak kazała konieczność — więcej nie można było osiągnąć wśród rywalizacji z sułtanem na jednym froncie, a Moskwą, Danią, Szwecją, Cesarstwem Niemieckim na innym. Ale to nie znaczy, żeby polityka jagiellońska wyznawała z góry jakąś doktrynę federalistyczną. Przeciwnie, jak każda inna polityka realna, uważała ona całkowite zlanie nowych ziem z macierzą za cel najpożądańszy, i taki właśnie cel, tj. inkorporację, osiągnął Kazimierz Jagiellończyk na najważniejszym odcinku pomorskim nad Wisłą.
Rzeczą było polityki wewnętrznej, kraje uprzednio uzależnione od Polski zespolić z nią mocniej, przyswoić, wchłonąć. Czy ten nakaz, uznawany przez wszystkie rządy świata, Jagiellonowie zlekceważyli? Czy może przeciwnie, próbowali łamać i niszczyć wszelką w państwie odrębność terytorialną, wyznaniową, narodowościową, na sposób moskiewski lub germański?
Ani jedno ani drugie. U progu unii stanęli wobec faktu rzeczywistego nie do usunięcia. Faktem tym był nadmiar obszaru. Że Polska nie może naprawdę zaanektować Litwy, o tym przekonał się prędko Jagiełło. Również niepodobieństwem była prędka asymilacja przez rozkaz z góry: możliwym tylko mysterium charitatis na podkładzie solidarnych interesów panującej warstwy społecznej. Cokolwiek nie przejęło się duchem owej solidarności, co poczuło się plemiennie, religijnie, kulturalnie obcym, lub choćby obojętnym a lękliwym, to w drugiej połowie XV wieku od państwa litewskiego odpadło i zamalgamowało się z Moskwą. Reszta tym mocniej zrosła się z Litwą, a pośrednio z Polską Jagiellonów.
Trzy czynniki złożyły się wówczas na ów proces zrastania się: rozległość obszarów do zasymilowania, osobisty charakter królów, nieskłonnych do gwałtu — oraz polskie, a nie litewskie, więc właściwie nie jagiellońskie, zasady stanowienia o sobie.
Jeżeli Kraków nie mógł niczego narzucać Sandomierzowi, ani oba razem zadać gwałtu Wielkopolsce, to czyż mogła być mowa o forsownej unifikacji całej Litwy i Rusi przez polskie ośrodki państwa Jagiellonów? Ani siły, ani ochoty nie było po temu, by, dajmy na to, kasować radę W. Ks. Litewskiego i zastępować ją senatem kopiowanym z Polski albo przebudowywać na polski sposób sejm litewski. Naród, który w osobie Pawła Włodkowica uczył Europę, że się nie godzi przemocą nawracać niewiernych, nie mógł przemocą przerabiać ducha współbraci chrześcijan, ten naród o łagodnej krwi (dulcis sanguis Polonorum) wpajał Litwie zasady braterstwa; w dyplomacie horodelskim panów polskich i nie w żadnym innym, znalazła wyraz słynna charitas, idea polska i chrześcijańska, a nie żadna idea jagiellońska, jak polskim był również ów samorząd sejmikowy, który ziemie ruskie, a później też litewskie od nas zapożyczyły.
Potomkowie Jagiełły również z całą Litwą przyjęli od nas poczucie konstytucyjne i poszanowanie samorządu stanów oraz dzielnic. Ciężko z nim bywało Kazimierzowi IV i nie wiadomo, jakby współżyli z sejmem Olbracht i Aleksander, gdyby pożyli dłużej. Zygmunt I z ubolewaniem pisał o skrępowaniu monarszych rąk szalonymi plebiscytami. A jego syn już bez ubolewania, z zupełną owszem rezygnacją tłumaczył królowi duńskiemu, że królowie polscy żyją i rządzą według ustaw, a nie według swego widzimisię.
Rezygnacja nie rozciągała się jednak na kapitalne sprawy duchowe, od których zdrowie moralno-polityczne państwa zależało. Słychać czasem o państwie jagiellońskim, jako o jakiejś arce Noego czy wieży Babel różnych języków, wiar i obyczajów, bez narodowej świadomości. W taką karykaturę idea jagiellońska nie wpadła. Sprawy językowe Zygmuntowie pozostawili społeczeństwu, i ono samo pod powiewem reformacji rozwinęło i rozniosło mowę polską aż po Bałtyk, Dniepr i Dźwinę, jednakże Zygmunt August umiał żądać od krnąbrnych Gdańszczan, by doń przemawiali po polsku. W stosunku do wyznań zaznaczyła się wcześnie na Litwie i na Rusi dążność do propagandy katolicyzmu przez przyznanie samym katolikom horodelskich przywilejów społecznych: ta powściągliwość opłaciła się państwu niezgorzej. Nowinkarzy zachodnich traktował Zygmunt Stary pobłażliwie, o ile nie wywoływali — jak w Gdańsku — rozruchów społecznych. Zygmunt August wahał się między Rzymem i kościołem narodowym, czekając aż naród sam okaże, czy pragnie reformy kościelnej i mianowicie jakiej: z chwilą, gdy propaganda protestantyzmu wyczerpała swą siłę, król przyjął ustawodawstwo trydenckie, i łagodnie, ale stanowczo, zabrał się do przywracania Polsce jednolitości religijnej. Co się zaś tyczy poczucia narodowego, to w pojęciu Zygmunta Augusta każdy obywatel jego państwa musiał być natione Polonus albo Lithuanus. „Wyście Polacy!" wołał do tych Prusaków, co w sejmie walnym wspólnego państwa nie chcieli siedzieć, a u siebie na sejmiku prowincjonalnym dąsali się na dźwięk polskiej mowy.
Na tle tych przeobrażeń duchowych, wśród rozlicznych objawów politycznego całkowania się Rzeczypospolitej, dojrzewała najrdzenniejsza część „idei jagiellońskiej" — unia z Litwą. Wiadomo, ile ona przeżyła wcieleń i zaćmień. Po akcie krewskim, tj. po inkorporacji (1385) — akt radomsko-wileński, przywracający samoistność państwową Litwy (1401), akt horodelski, utwierdzający unię osobistą; zerwanie tej unii w r. 1492, luźne przymierze r. 1499, znów unia osobista mielnicka r. 1501, wreszcie unia realna lubelska.
Co jakiś czas, z charakterystycznym uporem wraca w tych układach hasło inkorporacji: brzmi ono i w r. 1385 i w 1413 i w 1501. Wielki książę Aleksander sam je podejmuje jako jedyny sposób „naprawy" Rzeczpospolitej, zgłaszając się po koronę polską, aby do Polski wcielić Litwę. Wtedy możnowładcy z W. Księstwa, wstrząśnięci najazdem moskiewskim, już przejmują zasadę inkorporacji, byle przez nią rozumieć obustronne zlanie się dwóch narodów, a nie pochłonięcie jednego przez drugi. Później ten nastrój na Litwie mija: im śmielej strona polska żąda „egzekucji" zapowiedzianego praojcom wcielenia, tym uporczywiej litewscy Radziwiłłowie bronią samoistności drugiej połowy jagiellońskich dzierżaw. Król „nie wiedzie nikogo do niewoli, ale do większej wolności i swobody... wspólnej braterskiej zgody a miłości obojga państwa zarówno". Chodzi tylko o formę ustrojową owej zgody, o wyszukanie konkretnej wypadkowej między formułą mielnicką Aleksandra: „jedno nierozdzielne i nie różne ciało,... jeden lud, jeden naród, jedno braterstwo i wspólne obrady pod jednym królem i panem", — a zasadą Radziwiłłów: wspólna elekcja, wspólna obrona i wspólne nad tymi sprawami obrady. Strona polska cytuje pergaminy (mianowicie horodelski); strona litewska próbuje też „potrząsać" przywilejem (mielnickim), ale zmiarkowawszy, że w nim także jest mowa o inkorporacji, woli lekceważyć pergamin a natomiast akcentować miłość i „chęć" wzajemną. W początkowych stadiach rokowań po stronie litewskiej nieprzyjaciele Radziwiłłów na Litwie próbują paraliżować ich opór przeciwko unii, za to przyjaciel koronny Tarnowski odradza zbyt natarczywą taktykę, jaką zainaugurował był jeszcze na zjeździe w Brześciu szef delegacji polskiej Samuel Maciejowski. Wybuch wojny inflanckiej przyśpiesza zbliżenie: dochodzą do głosu szerokie warstwy szlacheckie nie tylko w Koronie, ale i w Księstwie: jakby na spotkanie petycji mało- i wielkopolskiej wychodzi z Sejmu obozowego pod Witebskiem petycja rycerstwa litewskiego, której myśl ująć można w formule: społeczne ujednostajnienie bez zatarcia państwowej odrębności Litwy. Od chwili utraty Połocka sprawa wchodzi w stadium decydujące i wnet wychodzi na jaw, że zarówno asymilacja, jak zjednoczenie muszą porobić dla dobra obu narodów znaczne postępy.
Znaczyło to, że Litwa upodobni się do Polski, i uzależni się od niej. Unię zbliża reformacja, do unii zmusza niebezpieczeństwo moskiewskie, do unii skłania wzgląd na bezdzietność króla. Poza tym przecież tak Sejm koronny spragniony zupełnego wcielenia, jak król, który w imię jedności państwowej zrzekł się dziedzictwa tronu na Litwie, pojmują, że nie samą miłością, ale także urządzeniami i kulturą trzymają się państwa. Rozwój życia narodowego w Polsce asymiluje Litwę, planowa polityka unifikacyjna króla, wyrażająca się w reformie agrarnej („wołoczna pomiera" 1557 r.), w zaprowadzeniu na Litwie, sejmików (1565), oraz sądów ziemskich, grodzkich i podkomorskich (1565—6) umożliwiają ten rezultat, którego sama sztuka negocjatorów nigdy by nie osiągnęła. Oczywiście, niemało zawisło od tonu rozmów. Król upominał niezliczone razy koroniarzy i Litwinów, by „w zgodzie i miłości rozmawiali" (1563). Prof. Halecki może i słusznie powątpiewa, czy miała sens propozycja koroniarzy, aby Litwę od razu nazwać „Nową Polską", czy nie lepiej było działać „tylko z dobrej woli i z takiej samej chęci i miłości"? My ze swej strony możemy również spytać, czy Litwa zrzekłaby się osobnego Sejmu (1564) gdyby jej nie zmiękczono właśnie perspektywą zniesienia samego tytułu W. X. Litewskiego. Toczył się targ, więc wypadło zaczynać od maximum, a skończyć na minimum, i słusznie nasi Sienniccy, Szafrańce, Ossoliński obstawali przy pergaminach, a całkiem nie w porę nasz Padniewski rezygnował ze wspólnego sejmu (1569). Dopiero też dzięki mocnej postawie koroniarzy mógł Zygmunt August odegrać rolę mediatora, i w tej to jego roli, w unikaniu twardych akcentów, w giętkiej i miękkiej taktyce, w wywoływaniu rzewnych nastrojów, a nie w podjętej z góry koncepcji dualistycznej, wyraziła się jego indywidualna zasługa, jego „idea jagiellońska".
Prawda, że mądry król w prawdziwym formalnym testamencie błogosławił temu narodowi, który utrzymywać będzie unię, a groził przekleństwem Opatrzności zrywaczom tejże: ale on przez unię rozumiał jeno zgodę i miłość, a nie lubelski pergamin, i zacieśnieniu unii wcale się nie sprzeciwiał. Prawda i to, że artykuł 19 aktu lubelskiego dosłownie chciał go uczynić nietykalnym nie tylko dla jednej, ale nawet dla obu zgodnych stron, tj. dla Polaków i Litwinów. Lecz takich niezmiennych ustrojów historia zna dużo, i życie nad ich niezmiennością przechodziło do porządku. Pod wielu względami już unia 1569 r. była przedwczesna, gdyż wyprzedzała ujednostajnienie kultury społecznej w państwie jagiellońskim: tego błędu należało się strzec. Ale zapominać o pogłębieniu polskości na Litwie nie należało ani na chwilę.
Konkretny akt 1 lipca 1569 r. nie odpowiedział w całości ani pierwotnym dążeniom polskim ani litewskim. Wprost wątpić można, czy przed rokiem 1564 był polityk, któryby takie rozwiązanie: dwa państwa w jednej Rzeczpospolitej, związane wspólnością monarchy i sejmu, uważał za swoją „ideę". Spotkano się bądź co bądź bliżej stanowiska polskiego niż litewskiego, i jakkolwiek unia lubelska powstała z rokowań (kompromis 30 marca), a przybrała w tekście nazwę „traktatów i umów", naprawdę utworzyła jedną udzielną, nierozwiązalną Rzeczpospolitą. Unia osobista przeszła do archiwum, o federacji w znaczeniu nowoczesno-republikańskim nikt oczywiście nie myślał. Warto, bądź co bądź, podkreślić dwie charakterystyczne cechy aktu lubelskiego, z których jedna znamionuje metodę Zygmunta Augusta, druga odzwierciadla tymczasowość jego dzieła.
Król nie przeciwstawił się sentymentowi posłów koronnych, żądających wcielenia Litwy, względnie — jej poszczególnych dzielnic. Nie tylko nie ofiarował Radziwiłłom „kantonu" podolskiego, aby zań wytargować zgodę za unię, ale przeciwnie, przyłączył do Korony te „kantony" polskie: Wołyń, Bracławszczyznę, Kijowszczyznę, w których widział dostateczny postęp polskiej kultury i polskiej idei państwowej. Tę lekcję realizmu niedostatecznie przerobili sobie następcy Jagiellonów. Z drugiej atoli strony, unia doszła do skutku po części dzięki słabości polskiej budowy parlamentarnej: posłowie litewscy i pruscy mogli spokojnie zasiąść obok Małopolan, Wielkopolan i Mazurów, gdy wiedzieli, że nikt ich nie przegłosuje, że wspólny Sejm już wówczas niezdolny do przełamania woli jednego województwa, nie targnie się na wolę całej „prowincji". Unia Lubelska i veto znalazły się tu w niezaprzeczonym powinowactwie. Przyszłość miała dopiero okazać, czy unia zdoła współistnieć tylko z fatalną w Sejmie regułą jednomyślności, czy też wytrzyma także rządy większości.
Niestety, owa przyszłość okazała się mało twórczą i mało przewidującą. Potraktowano wyniki pracy Zygmunta Augusta tak, jakby się w nich zamknął testament polityczny „złotego wieku": ani nie prowadzono dalej jego pracy w duchu zacieśnienia unii, ani nie podjęto wytrwałych wysiłków celem wzmocnienia wspólnego Sejmu. Że jednak historia nie stoi w miejscu, że każdy, kto nie idzie naprzód, musi się cofać, więc i ojczyzna nasza w czasach pojagiellońskich potoczyła się wstecz: prawnucy parlamentarzystów lubelskich doczekali się Sicińskiego i Janusza Radziwiłła, któremu za zerwanie unii stawiają pono dzisiaj Litwini pomnik w Kownie. Inni możnowładcy litewscy, Pacowie, Sapiehowie, Ogińscy, Pocieje, nie popadając w zdradę stanu, dojdą w polityce do skrajnego separatyzmu. I dopiero prawnucy tamtych prawnuków, za Stanisława Augusta, a przede wszystkim sam król, zrozumieją potrzebę dalszego jednoczenia Polski z Litwą. Pojawi się nareszcie — obok ciężko chorego Sejmu i słabej Rady Rezydentów (1576) wspólna władza wykonawcza dla obu narodów, Rada Nieustająca (1775), wspólne ministerium oświaty (Komisja Edukacyjna 1773). Sejm Czteroletni da całemu państwu w systemie Konstytucji 3 maja — wspólny gabinet ministrów pod nazwą Straży oraz wspólne ministeria. Kościuszko też nie dopuści do tworzenia na Litwie osobnej Rady Najwyższej, każe jej być po prostu „Centralną Deputacją", więc organem zależnym od Warszawy.
Omawiając te końcowe przeobrażenia, prof. St. Kutrzeba nazywa je po prostu zniesieniem unii. Tak też było w istocie: dawny dualizm zastąpiono jednolitą budową państwa, zachowując tylko pod tytułem „zaręczenia wzajemnego obojga narodów" (październik 1791 r.) nazwę dwóch narodów, tudzież szczątki odrębności administracyjnej Księstwa. Litwa nie buntowała się, nie protestowała. Akt lubelski przestał obowiązywać. Obowiązywała nadal zupełna jedność. Czy stało się to na przekór idei jagiellońskiej? Chyba w tym znaczeniu, że przez ideę jagiellońską rozumieć będziemy ideę Witolda i Radziwiłła Czarnego, a pod koniec dni Rzeczpospolitej — ideę targowiczan Massalskich i Kossakowskich. My jednak, wiedząc do czego dążył Zygmunt August razem z przywódcami Sejmu lubelskiego, i znając metodę jego roboty, pozwolimy sobie uważać za lepszych wykonawców jego testamentu — Sejm Czteroletni i Kościuszkę.
W świetle powyższych wywodów tzw. idea jagiellońska okazuje się abstrakcją późniejszych porozbiorowych czasów, wysnutą z psychologicznej interpretacji bardzo rozmaitych zjawisk: złożyły się na nią rodzinne cechy Jagiellonów, polskie instynkty tolerancyjno-wolnościowe oraz różne konieczności i możliwości geograficzno-polityczne, od woli królów i mężów stanu niezawisłe. Były w tym splocie pierwiastki zdrowe, twórcze, obok innych wątpliwej wartości. Bądź co bądź, nawet to, co można wysnuć z faktów polityki jagiellońsko-polskiej, stanowi zjawisko jedyne w dziejach, bo ufundowane na wyjątkowej koniunkturze, gdzie nieokrzesany prostak Jagiełło zaślubia Jadwigę, poddaje się kierownictwu światłych polityków polskich — wnosi do wspólnego dorobku olbrzymi, słabo zaludniony, nisko kulturalny, a spragniony polskiej opieki przed Moskwą i Tatarami wschód. Takie koniunktury powtarzają się... może raz na tysiąc lat.
------ 
Za wyborem pism W. Konopczyńskiego "Umarli mówią, szkice historyczno-polityczne" (1929)
Źródło i pełny tekst: http://www.dzienniknarodowy.pl

KOMENTARZE

  • Szczególnie nieszczęsliwą i z wielką dla nas szkodą żywotną próbą rewitalizacji idei jagiellońskiej
    były ahistoryczne pomysły ś.p. Jerzego Giedroycia.
  • Natione Polonus and the Naród Szlachecki
    https://www.zfo-online.de/index.php/zfo/article/viewFile/2224/2224

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930