Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1435 postów 417 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J23 na angielskiej prowincji alias ruski agent ps. "Moherowe Walonki Putina"

Grzegorz Braun: W roli zakładnika na ochotnika.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Bezalternatywnie „euroatlantycki” kurs aktualnej władzy warszawskiej już dawno ujawnił swoją drastyczną rozbieżność z polską racją stanu. [Myślę, że Autor krytykuje nie tyle euroatlantyckość kursu, co jego BEZALTERNATYWNOŚĆ -McG]

Celem polityki nie jest wprowadzanie narodu w ulicę jednokierunkową – żeby potem elokwentnie objaśniać, dlaczego mianowicie nie było innego wyjścia. Odwrotnie, misją mężów resp. żon stanu jest zachowywanie zdolności manewrowania – bez której nie ma mowy o suwerennym rządzeniu. Kto sam drastycznie zawęża skalę możliwości – z góry i na kredyt deklarując, że tylko jedną opcję bierze pod uwagę – ten nie nadaje się nawet na partnera do towarzyskiego brydża, a co dopiero do sterowania nawą państwową.
Żoliborska grupa rekonstrukcji historycznej sanacji – wzorem swoich poprzedników na najwyższych urzędach państwowych z 1939 r. – ostatecznie wyzbyła się jakichkolwiek możliwości wyboru, dopełniła dzieła samo-ubezwłasnowolnienia i totalnej auto-izolacji Polski na arenie międzynarodowej. Bo przecież ostatnia rzecz, jakiej można się teraz spodziewać po aktualnym warszawskim rządzie i belwederskim prezydencie, to że powiedzą oni coś „od siebie” – co mogłoby nie zyskać kontrasygnaty ambasadora USA Jonesa. I naprawdę marna to pociecha, że poprzednicy Kaczyńskiego, Dudy, Szydło, Macierewicza, Waszczykowskiego i Morawieckiego działali analogicznie – a to na telefon z Berlina, a to na gwizdnięcie z Moskwy. Teraz Warszawa jako pionek Waszyngtonu może już tylko czekać na instrukcje (kontrasygnowane w Tel-Avivie) – albo też na zdecydowane posunięcie moskiewskich szachistów. A czy zostaniemy tanio sprzedani w toku „pokojowych negocjacji”, czy też nową Jałtę poprzedzi pożoga i zagłada na naszym terytorium – to od nas w najmniejszym stopniu nie zależy.
Słaba też pociecha w fakcie, że samodzielność znacznie większych z pozoru graczy okazuje się problematyczna. Ot, np. Donald Trump jeszcze w poprzednim sezonie nie miał wątpliwości, że eskalacja wojny syryjskiej, za czym jawnie optowała jego kontrkandydatka Hilarzyca Clintonowa, to prosta droga do rozpętania III wojny światowej. Teraz najwyraźniej myśli inaczej – albo tak samo, ale najwyraźniej wizja globalnego konfliktu nabrała dlań nagle jakichś nieodpartych uroków. Kiedy ledwie parę miesięcy temu przejmował gabinet owalny, prez. Trump pozbył się ze swej rady bezpieczeństwa narodowego paru generałów – teraz trepy wracają jeden po drugim i najwyraźniej na powrót rozkładają na stołach sztabowych plany wojny perskiej z 2012 roku. To oczywiście nie jest powód do pretensji do kogokolwiek z nich – wykonują po prostu swoje wojenne rzemiosło, jak ich tam uczono w imperialnych akademiach. Nie ma też co specjalnie wydziwiać nad zmiennością deklaracji Trumpa – wiadoma rzecz, że retoryka kampanii wyborczej to jedno, a realna polityka to co innego. Jak widać potrzebował trochę czasu, by nadgonić aktualną „mądrość etapu”, ale teraz i on już „powinność swej służby zrozumiał” i bez dalszych ceregieli realizuje plany, które mu generałowie przedstawili.
Wprawdzie plany te już nieco myszką trącą (śmiercionośny sarin użyty przez okrutnego Assada przeciw bezbronnym cywilom, to już było grane parę lat temu) – bo jak widać oszczędzono na nowych scenarzystach (patrz: nieśmiertelny, proroczy film „Wag the Dog” czyli „Fakty i akty” z De Niro i Hoffmanem) – ale przecież zwycięzców nikt nie będzie rozliczał z takich drobnych niedoróbek. Inni w tym samym czasie nie zasypiają gruszek w popiele – i mimo wszystko starają się obstawiać w tej geostrategicznej ruletce więcej niż jeden numerek. Np. premier Netaniahu bez najmniejszych kompleksów utrzymuje jednocześnie gorąca linię i z Waszyngtonem, i z Moskwą – a na dodatek jeszcze znajduje czas na osobistą wizytę w Pekinie – co wcale nie przeszkadza mu zachowywać „specjalny status” w relacjach z Amerykanami, którzy jakoś z tego powodu ani nie cofają Izraelczykom dotacji, ani nie odmawiają dostępu do najnowszych technologii. Ale co wolno poważnym stolicom, to się nie stosuje do Warszawy, która za główną wytyczną swej polityki zagranicznej przyjęła bezalternatywność. Czego konsekwencją nie może być już swobodny wybór między różnymi opcjami – tylko bierne oczekiwanie na dyktat, albo agresję.
Nie można zatem, jak się już powiedziało, mieć pretensji do świata o to, że tradycyjnie zmierza do ostatecznego rozwiązania kwestii polskiej poprzez parcelację „obszaru Wisły” (wedle nomenklatury niemieckiej) alias „przywiślańskiego kraju” (wg nomenklatury rosyjskiej) – ale dlaczego w tym dziele wiodąca rolę odgrywają dziś sami Polacy? Pretensje zatem mieć można, a nawet należy – do naszych belwederskich prezydentów, żoliborskich naczelników, premierów i ministrów, którzy niczym innym się nie zajmują, tylko zapewnianiem, że „przy tobie najjaśniejszy panie stoimy i stać chcemy”. Minister Spraw Zagranicznych z wizytą w Waszyngtonie zadeklarował publicznie naszą gotowość do głębszego zaangażowania w wojnę na Bliskim Wschodzie. Minister Obrony Narodowej usiłując zarazić nas entuzjazmem powitania Amerykanów w Żaganiu dawał wyraz radości, że ich przybycie umożliwia Wojsku Polskiemu działanie poza granicami. Prezydent zaś – entuzjasta „Rzeczypospolitej przyjaciół” (patrz: Orzeł Biały dla Szewacha Weissa i gala na otwarcie eksterytorialnego biura Amerykańskiego Komitetu Żydowskiego (AJC) w tzw. Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN) oraz promotor polsko-żydowskiego braterstwa broni (patrz program wizyty w Państwie Położonym w Palestynie) – teraz pierwszy spieszy z wyrazami poparcia amerykańskich uderzeń w Syrii. Nazwanie tego wasalizacją względem imperium nie byłoby właściwe, bo wszak w feudalnej drabinie zależności wasale byli na własnym terenie bardziej suwerenni – czego nie da się powiedzieć o wyżej wymienionych, którzy wpadają raczej do pośledniejszych kategorii: klientelizmu lub agenturalności.
Mamy więc do czynienia z eskalacją wojenną, o której ostatecznej kulminacji, ani tym bardziej rozstrzygnięciu nie my będziemy decydowali – ale już zgłosiliśmy się na „kamikadze”, chętni do przyjęcia na siebie pierwszych uderzeń w charakterze celu zastępczego, czy to ze strony Rosji, czy też ze strony rezunów islamskich, którzy przecież chyba też czytają gazety i odnotowali, że po raz kolejny wypowiedzieliśmy im wojnę. A za jaką cenę podejmujemy się tej roli? Czy polski budżet zbrojeniowy powiększą miliardy dolarów amerykańskiej dotacji – analogicznie do zasilania, na jakie zawsze liczyć może Państwo Położone w Palestynie -? Czy może nasi stratedzy osiągnęli choć ułamek tego – wzorem Turków negocjując słone ceny za użyczenie koszar, poligonów i przyjęcie ryzyka wojennego -? Nic podobnego – my przecież robimy to wszystko „za wolność waszą i naszą”, w ramach naszych „wyjątkowych relacji” i „tradycyjnej przyjaźni”. Tak oto cały naród „za frajer” występuje teraz w roli ochotniczego zakładnika w relacjach Amerykanów z Moskalami. Jeśli się dogadają – to przecież naszym kosztem. A jeśli się pobiją – to per procura, a więc właśnie na nasz koszt, na naszym terytorium, naszymi siłami w charakterze substytuta.
Nie da się nawet powiedzieć, że podejmujemy się tej kaskaderskiej roli za darmo – bo przecież my do tego wszystkiego ciężko dopłacamy. Goszcząca w ostatnich dniach z wizytą w Warszawie grupa biznes-kongresmenów nie przybyła tu przecież, by uczestniczyć w jakichś rzewnych deklamacjach nt. przyjaźni polsko-amerykańskiej w ramach obchodów roku Tadeusza Kościuszki. Na czele tej ekipy stoi przecież niejaki Mike Rogers z Alabamy, członek komisji ds. wojskowych, którego kampanie wyborcze szczodrze dotowane były przez tamtejszą zbrojeniówkę – a więc, jak przypuszczam, jego zadaniem jest dopilnować, by Polacy złożyli odpowiednio lukratywne zamówienia. Bo przecież cała wyjątkowość naszych relacji z Anglosasami do tego się w historii sprowadzała – że pozwalali nam oni ciężko płacić za sprzęt, którego łaskawie nam użyczali w ramach realizacji ich własnych planów strategicznych, których ostatecznym zwieńczeniem zawsze okazywał się jakiś wielki sukces dyplomatyczny (a la Teheran ’43 czy Jałta ’45). W końcu nawet szczery zachwyt nad misją płk. Kuklińskiego nie przeszkodził jego amerykańskim patronom postawić raczej na usłużnych fachowców z SB, a potem WSI w toku „transformacji ustrojowej” PRL w III RP. Czy wiara w to, że tym razem będzie inaczej, jest zaledwie niestosowną u polityka naiwnością – czy już kwalifikującą się przed trybunał zbrodnią stanu?
Bezalternatywnie „euroatlantycki” kurs aktualnej władzy warszawskiej już dawno ujawnił swoją drastyczną rozbieżność z polską racją stanu. Jeśli chodzi o koszta zespawania naszej dyplomacji i obronności z imperialną polityką Waszyngtonu (wymierne straty finansowe i polityczne, ale także trudne do oszacowania zyski utracone) – dość chyba będzie przypomnieć:
1/ wystawienie substancji materialnej i biologicznej na ryzyko zniszczenia w grze imperiów;
2/ pełną konformizację względem roszczeń i uroszczeń żydowskich (patrz wyżej);
3/ hodowanie szowinizmu ukraińskiego przy jednoczesnym utrzymywaniu „żelaznej kurtyny” w stosunkach z Białorusią (patrz: faryzejskie „zatroskanie” prez. Dudy po ostatnich prowokacjach w Mińsku);
4/ rezygnację z możliwości dyskontowania chińskich inwestycji w europejską końcówkę „Nowego Jedwabnego Szlaku” (patrz: skandal Kanału Śląskiego, którego obiecujący projekt utrąciła interwencja amb. Jonesa).
Rozumiem, że za to wszystko – za wygraną w konkursie na najbardziej służalczego agenta USA w UE – nasi geniusze z Żoliborza spodziewają się, że oficerowie prowadzący znad Potomaku zapewnią im bezterminową możliwość dokonywania „dobrych zmian” nad Wisłą. Pomijając jednak już zaistniałe i potencjalnie groźne konsekwencje – może to być nadzieja całkiem złudna. Bo wszak w świeżym raporcie waszyngtońskiego Centrum Analiz Strategicznych i Budżetowych aż czterokrotnie mowa o Polsce – jako niepokojącym przykładzie: „Wyłaniania się rządów o niejasnym lub wprost wątpliwym przywiązaniu do norm demokratycznych” / „The emergence of governments with questionable or downright dubious commitments to democratic norms”. Tak to zatroskani amerykańscy eksperci rządowi uznają za stosowne pokazywać nas palcem jako przejaw tendencji „autorytarnych” i „nieliberalnych”.
Zachodzi pytanie, czy alarmowani takimi ekspertyzami waszyngtońscy guwernerzy od demokracji zdecydują się swoich warszawskich protegowanych „wyciągać na trójkę” – czy może (dogadawszy się uprzednio z Moskalami) każą im raczej klęczeć na grochu, zostawią na drugi rok w tej samej klasie, a tymczasem wypromują sobie jakichś innych prymusów -? Wówczas cała żoliborska grupa rekonstrukcji historycznej sanacji ocknie się na tym samym śmietniku historii, na którym wylądowali prekursorzy ich samobójczej polityki: Beck, Śmigły, Mościcki et consortes. A niekorzystnych transakcji nie da się już cofnąć – nikt Polakom nie zwróci tego, co wcześniej w ramach „specjalnych relacji sojuszniczych” za bezcen wyprzedano z polskich interesów.
 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031