Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1639 postów 1105 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J-23 na angielskiej prowincji

Grzegorz Braun: Wszystko na sprzedaż.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Szereg razy [mówiłem], że powrót DEKLARATYWNEJ prawicy do władzy jest, owszem, całkiem niewykluczony, a może nawet pożądany – z punktu widzenia naszych tradycyjnych rozbiorców i okupantów jako konieczny element scenariusza rozbiorowego.

Jeszcze za poprzedniego reżimu, to jest za rządów jawnych sprzedawczyków i oportunistów, szereg razy zdarzało mi się odpowiadać na pytanie, jak oceniam prawdopodobieństwo wyborczego zwycięstwa prawicy. Szereg razy publicznie dzieliłem się wówczas przypuszczeniem, że powrót deklaratywnej prawicy do władzy jest, owszem, całkiem niewykluczony, a może nawet pożądany – z punktu widzenia naszych tradycyjnych rozbiorców i okupantów jako konieczny element scenariusza rozbiorowego. Na co niektórzy reagowali powątpiewaniem, a nawet posądzeniami o przesadną podejrzliwość, bo niby jakichże pożytków mogliby się spodziewać zewnętrzni i wewnętrzni moderatorzy naszej sceny politycznej (mafie, służby i loże krajowe i obce) z dopuszczenia do rządów prawicy patriotycznej? To tylko pozorny paradoks, który np. jesienią 2014 r. tak starałem się rozjaśnić (na łamach jednego z rzadkich czasopism, które wówczas jeszcze skłonne były mnie drukować):

Jeśli do fasady władzy dopuszczony zostanie na jakiś czas obóz patriotyczny, to po to tylko, żeby było na kogo zwalić winę i komu przypisać odpowiedzialność za skutki upadku państwa, bankructwa socjalu i ogólnej niewydolności systemu. Dodatkowy pożytek z epizodu rządów p.o. prawicowych będą mieli nasi okupanci w tym, że finałową pacyfikację będzie można przedstawiać jako „przywracanie demokracji” po tym jak „hydra faszyzmu podniosła głowę”.

Nie była to, jak widać, mylna prognoza, choć przecież formułowałem ją za czasów oligopolu PO-PSL, kiedy perspektywy podwójnego zwycięstwa wyborczego PiS nikt właściwie nie brał jeszcze pod uwagę. Ale oto od roku już trwa w najlepsze realizacja takiego właśnie scenariusza: reprezentanci obozu zdrady narodowej, którzy w dużej mierze na własne życzenie oddali stanowiska w fasadzie władzy III RP, właściwie nie zajmują się już niczym innym, tylko przyzywaniem obcej interwencji. Do tej ostatniej, z czego wszyscy zdają sobie sprawę, potrzebny jest naprawdę solidny pretekst, trwa więc intensywne poszukiwanie okazji do prowokacji, która mogłaby wreszcie wprawić w ruch procedury prowadzące do poddania Polski zewnętrznej kurateli. Aby jednak „europejska klauzula solidarności”, czyli współczesna wersja „doktryny Breżniewa”, mogła zadziałać, nie wystarczą już, jak widać, marsowe miny sędziego Rzeplińskiego i alarmistyczne komentarze Adama Michnika. Dla „zdecydowanej reakcji wspólnoty międzynarodowej” potrzeba czegoś więcej – potrzeba krwi na ulicach. I nad tym właśnie, jak przypuszczam, pracują w tych dniach oficerowie rozmaitych frontów, ideologicznych, propagandowych i bezpieczniackich.

Nie trzeba długo myśleć, by zauważyć, że może nie być po temu okazji lepszej niż 11 listopada. Nie zdziwmy się więc, jeśli właśnie w nadchodzących dniach i tygodniach nastąpi szczególnie zagęszczenie informacji i dezinfromacji na nasz temat – nie tylko w kraju, ale i w szerokim świecie.

Jest jednak jeszcze drugi warunek – poza solidną prowokacją – jaki musi być spełniony, aby spełniły się marzenia folksdojczów i sowieciarzy występujących dziś pod załganych szyldem „obrony demokracji”. Aby szykowany przez nich warszawski „majdan” mógł eskalować aż do pożądanego skutku, tj. obalenia aktualnego układu władzy, nieodzowny jest jeszcze jeden kluczowy element. Jaki? Zielone światło z ambasady przy ul. Pięknej. Bez tego ani Schetyna, Petru et consortes, ani generałowie służb, które patronowały ich karierom, nie mogą liczyć na tryumfalny powrót do szerszej krawędzi koryta – bez przyzwolenia Waszyngtonu nie nastąpi w Warszawie żadna gwałtowna rearanżacja sceny politycznej.

I dlatego, jak przypuszczam, liderzy zwycięskiej formacji z Jarosławem Kaczyńskim na czele, czynią wszystko, aby towarzysze amerykańscy uznawali ich nadal za najlepszych plenipotentów swoich interesów w regionie. Problem w tym, że aby ten efekt uzyskać, aby plasować się na czele amerykańskiej listy „naszych s…nsynów” w Europie Środkowej, trzeba w kontakcie z tym akurat transatlantyckim partnerem zapomnieć o polskim interesie narodowym i polskiej racji stanu. I na tej właśnie ścieżce desygnowani przez Jarosława Kaczyńskiego najwyżsi urzędnicy państwowi postąpili już bardzo daleko. I czynili to z taką skwapliwością, że można się poważnie zastanowić, czy zostało im jeszcze cokolwiek, czym mogliby bardziej zadowolić swoich amerykańskich patronów. Czy przypadkiem nie wyprzedali już wszystkiego, czym dysponowali?

Zreasumujmy: w ciągu roku kierownictwa MON i MSZ dokonały ścisłego sprzęgnięcia naszej racji stanu z imperialnym interesem USA – nasza polityka zagraniczna i obronna (co wszak na jedno wychodzi) została „zespawana na sztywno” z dyrektywami Waszyngtonu. Kuriozalne ukoronowanie tej akcji nastąpiło w ostatnich tygodniach: wiceministrem (podsekretarzem stanu) został w MSZ niejaki Robert Grey, obywatel amerykański. Notabene: trzeba przyznać, że od czasu odwołania do ZSRS większości sowieckich „doradców” i „popów” (pełniących obowiązki Polaków) w roku 1956 Sowieci później unikali już podobnej ostentacji. A dokonany przez MON zwrot przez rufę w osławionym przetargu na francuskie caracale w mgnieniu oka „wygranym” przez amerykańskie „blekhołki” („Słoń w składzie helikopterów”, jak to zrecenzował minister Szeremietiew), to ostatecznie utrwaliło trend „bezalternatywny” w naszej dyplomacji.

 

Czy wychodząc tak dalece naprzeciw oczekiwaniom naszych sojuszników „bezalternatywnych” (określenie prezydenta Dudy użyte w wystąpieniu kijowskim), rządzący zostawili sobie jakiekolwiek pole manewru? Czy zostało im jeszcze cokolwiek na sprzedaż? Niewiele, ale postępując tak bezkompromisowo jak do tej pory, może już wkrótce uda im się doprowadzić do „pełnego otwarcia” Polski także w sferze gospodarczej.

Sądząc z wcześniejszych wypowiedzi ministra Morawieckiego na temat tajnych traktatów (sic! – o treści wciąż utrzymywanej w tajemnicy przed opinią publiczną) CETA i TTIP, już wkrótce mogą one stać się obowiązującym prawem. A wszak główny figiel polega na tym, że mają one wyłączyć spod polskiej jurysdykcji relacje z zewnętrznymi partnerami handlowymi. Jak ci partnerzy skłonni są traktować nasze żywotne interesy, tego pokaz wobec ministra Waszczykowskiego dał ledwie parę miesięcy temu ambasador Jones w sprawie Kanału Śląskiego, którego budową żywo zainteresowani byli Chińczycy, co oczywiście Amerykanie uważają za niedopuszczalne. Trzeba to wyraźnie stwierdzić: uznanie przez Warszawę dyktatu Waszyngtonu w tym ostatnim przypadku było aktem zbliżającym aktualny układ władzy do granicy zdrady narodowej nie mniej niż zaproszenie obcych wojsk na terytorium Rzeczypospolitej oraz zmiany w prawie, które legalizują ewentualne używanie przez naszych aliantów ostrej amunicji (sic! – również poza terenem poligonu i nie tylko w stanie wojny).

A tymczasem prezydent RP podczas niedawnego nowojorskiego spotkania najwyraźniej (sądząc z komunikatów prasowych) podtrzymał nadzieje żydowskich szantażystów na spełnienie ich oczekiwań. Już wcześniej wygłaszane przez Dudę, Szydło i Kaczyńskiego okolicznościowe przemówienia (w Warszawie, Kielcach i Białymstoku) były manifestem przyjęcia przez rządzących ahistorycznej i antypolskiej narracji suflowanej przez ośrodki propagandy żydowskiej. Znamienne było zwłaszcza wystąpienie Jarosława Kaczyńskiego „potępiające antysemityzm, także ukryty” (sic!). Że w słowniku naszych przywódców trwale zadomowiła się politpoprawna nowomowa, tego znaczącym symptomem było zaniepokojenie „wzrostem radykalizmu” w waszyngtońskim przemówieniu ministra Macierewicza. Czy te z pozoru drobne koncesje, bo czynione na razie na płaszczyźnie językowej, nie zostaną wykorzystane przeciwko nam, czy za nieopatrznie wypowiedziane przez panów ministrów czy prezesów słowa nie zechce ktoś pociągać do odpowiedzialności całego narodu? Czy fałszywa retoryka walki z „radykalizacją” i „antysemityzmem”, którą swoimi wypowiedziami legitymizują nasi aktualni przywódcy, nie zostanie po raz kolejny zastosowana w celu delegitymizacji polskiego patriotyzmu, może już 11 listopada?

Sprawa polska zbliża się niewątpliwie do poważnego przesilenia. Potęguje takie przeświadczenie kontekst międzynarodowy. Po niedawnej wizycie Victorii Nuland w Moskwie znów trudno oprzeć się wrażeniu, że w stosunkach amerykańsko-rosyjskich na naszym odcinku dogadana została kolejna „transformacja”, skoro, jak donoszą, pani Nuland (spec-asystent sekretarza stanu USA) zgodziła się z panem Surkowem (doradcą prezydenta Rosji), że Kijów powinien wykonać porozumienia z Mińska. Jeśli bowiem Waszyngton i Moskwa koordynują politykę nacisków względem Kijowa, to może i względem Warszawy nie są już na antypodach? Czy tak jest w istocie? Czy aktualna eskalacja na odcinku bliskowschodnim jest tylko ustawką, grą w dobrego i złego policjanta, prowadzoną m.in. na nasz użytek, ale przede wszystkim dla złudzenia Chin? Tego niestety nie dowiemy się przed faktem, tzn. zanim spadną bomby, albo też zanim bieg zdarzeń ujawni dokonanie kolejnego „resetu”. Czy więc Waszyngton, zwłaszcza po wyborach prezydenckich, zechce prolongować promesę na rządzenie ludziom aktualnego układu żoliborskiego? Jeśli nawet ktoś udzielił Jarosławowi Kaczyńskiemu takich gwarancji, to obawiam się, że nie mają one żadnego pokrycia. Bo może, skoro tylko poczynione zostaną ostatnie z oczekiwanych koncesji na rzecz naszych „bezalternatywnych” przyjaciół, koncesjodawcy, tj, aktualnie rządzący mają być wymienieni na nowych, mających jeszcze mniej skrupułów wasali? Któż zaręczy, że nie taką logiką kierują się imperialni kontrolerzy polskiej sceny politycznej?

A jak miałaby się taka wymiana reżimu dokonać? W swoim czasie snułem już na tych łamach takie scenariusze political-fiction, a że sytuacja obaw nie rozwiewa, ba! – jeszcze je wyostrza, więc na koniec znów wyręczę się autocytatem:

Taka akcja – dyrygowana z ul. Pięknej, przy zgodnej akceptacji innych imperialnych ambasad – może być dodatkowo legitymizowana przez szereg równoległych „kryzysów kontrolowanych”, np. pod flagą rezunów islamskich czy ukraińskich, albo koordynowanych z atakiem finansowym ze strony lichwiarzy. Kiedy to może nastąpić? Kiedy aktualny układ władzy, żoliborska grupa rekonstrukcji historycznej sanacji ostatecznie wystąpi w roli żyranta roszczeń żydowskich i wówczas, zrobiwszy swoje, będzie mogła odejść, albo w sytuacji przeciwnej: kiedy przestanie rokować, że te roszczenia spełni. Tak czy inaczej – trwa w naiwności, kto sądzi, że „zielone ludziki” mogą do nas przybyć tylko ze Wschodu.

Tekst ukazał się na łamach tygodnika Polska Niepodległa! Nowy numer już w środę w kioskach!

 

Źródło: www.polskaniepodlegla.pl

KOMENTARZE

  • W tym kontekscie uważam największym łajdactwem i zdradą per se
    jest sprowadzanie anglosaskich wojsk na terytorium Polski, nawet jesli są to wojska "rotacyjne" oraz zgoda na eksterytorialna bazę w Redzikowie.

    Osiągnięciem o mniejszym ciężarze gatunkowym, choć o głebokiej symbolice będzie stacjonowanie Wehrmachtu na Litwie.

    Mam nadzieję, że kolejne wybory PiS na własne życzenie koncertowo przerżnie na rzecz sił autentycznie patriotycznych i narodowych, tyle czy kolejne wybory jeszcze się odbęda w wolnej Polsce - gwarancji uwazam nie mamy.

    A tymczasem ludzie o powiedzmy sobie stonowanej inteligencji będą z zapartym tchem wsłuchiwac się w enuncjacje Macierewicza, dostarczane mu z internetu przez zatrudnionych w charakterze doradców niedokształconych młodzianków
  • jeszcze taka fajna ciekawostka
    W wywiadzie udzielonym Gazecie Wyborczej rosyjski opozycjonista i obrońca tzw. praw człowieka Siergiej Kowaliow trafnie podsumował polskie marzenia o solidarności państw NATO. Zapytał on polskiego dziennikarza przeprowadzającego z nim wywiad – Wyobraźmy sobie, że Rosja zrzuca małą bombę jądrową np. na Bydgoszcz. Co zrobi Zachód? Udzielił także od razu odpowiedzi na swoje pytanie – „Będzie dużo hałasu, ale politycy zaczną szukać porozumienia z Putinem. Powiedzą: z powodu jednego miasta nie można wywoływać trzeciej wojny światowej. Zachodnie społeczeństwa przyklasną: „Wszystko, tylko nie wojna”.

    Wskazał on także, że polska historia powinna nas czegoś nauczyć – „Czy ktoś się za wami wstawił podczas rozbiorów? A we wrześniu 1939 r.?”. Na słowa Kowaliowa zareagował już Janusz Zemke, bydgoski poseł do Parlamentu Europejskiego z ramienia SLD, zajmujący się tematyką obronności. Zemke stwierdza, że „jakikolwiek atak na Bydgoszcz będzie uznany za atak na NATO, w tym USA. Znajdziemy się pod potężnym parasolem”.

    (na podst. wyborcza.pl, express.bydgoski.pl oprac. B.W.)

    za http://xportal.pl/?p=19939

    Poseł Zemke jak widać intelektualnie nie odbiega od Petru
  • @MacGregor 16:31:29
    ... a jak taka hipotetyczna bomba spadnie na Coventry, to będzie wojna czy nie ?
  • @MacGregor 16:31:29
    Zdecydowanie wolę czytać Grzegorza Brauna niż oglądać tą jego rudą brodę.
    Co do treści, Braun ma rację, zresztą jak zawsze.
    On jeden chyba tylko jest taki odważny, że potrafi przekazać prawdę, nie owijając w bawełnę. Szczególnie mam na myśli cytat:

    "Jak ci partnerzy skłonni są traktować nasze żywotne interesy, tego pokaz wobec ministra Waszczykowskiego dał ledwie parę miesięcy temu ambasador Jones w sprawie Kanału Śląskiego, którego budową żywo zainteresowani byli Chińczycy, co oczywiście Amerykanie uważają za niedopuszczalne. Trzeba to wyraźnie stwierdzić: uznanie przez Warszawę dyktatu Waszyngtonu w tym ostatnim przypadku było aktem zbliżającym aktualny układ władzy do granicy zdrady narodowej nie mniej niż zaproszenie obcych wojsk na terytorium Rzeczypospolitej oraz zmiany w prawie, które legalizują ewentualne używanie przez naszych aliantów ostrej amunicji (sic! – również poza terenem poligonu i nie tylko w stanie wojny)."
    No przecież nikt mi nie powie, że to wszystko co w tym cytacie jest zawarte, to wszystko dla naszego dobra, dla naszej Ojczyzny, że to w naszym najlepiej pojętym interesie narodowym.

    Dziękuję za ten przedruk.
  • @apoloniusz 17:07:29
    Gdzie Coventry, a gdzie Bydgoszcz?

    Zapomniałeś ile razy byliśmy zdradzani?
  • @amero 17:29:02
    a co to ma do rzeczy ? Gdyby za każdym razem gdy Obama, albo Putin puści bąka - wywoływano wojny jądrowe - to zabrakłoby bomb.
    Dlaczego mieliby nas "napadać" Rosjanie ? Czego im brak ? Ziemi ? Czy przeszkadza im Bydgoszcz ? Co takiego jest w Bydgoszczu, iż trzeba by go zbombić ? Co takiego mamy w Polsce, że warto to nam odbierać ? Dług wewnętrzny na kilka pokoleń ? A może rozkradzione fabryki ? Podarowane Eskimosom banki ? Wyjechana cała młodzież ?
    Tu na NE24 wojna wybucha kilka razy w miesiącu, a ostatnio pewien doktór ogłosił, że będzie "na dniach".
  • @apoloniusz 18:22:46
    Co do straszenia wojną, zgadzam się z Tobą, trza by być chyba wariatem, żeby napadać na Polskę, natomiast mnie chodziło o to, że gdyby Putin zgłupiał i napadł na Coventry, to z pewnością cały tak zwany zachód rzucił by mu się do gardła, ale jeśli chodzi o Bydgoszcz, to nikt by nie kiwnął palcem w bucie.

    Może to się zmieni, jeśli Trump w USA wygra wybory.
  • @MacGregor 15:11:23
    No, zaczyna ten Braun coś kumać albo udaje, ale tekst analityczny dobry.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930