Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1540 postów 726 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J23 na angielskiej prowincji alias ruski agent ps. "Moherowe Walonki Putina"

Aleksander Szycht: Polaków można usatysfakcjonować za grosze

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Kresy24, 8 lutego 2015

Zagraniczni dygnitarze nie muszą niczego nam dawać: żadnych umów, kontraktów,

interesów, inwestycji, czy rynków zbytu. Dotrzymywać słowa też nie muszą.

Potrzebne przestają być nawet obietnice. Wystarczy, że się uśmiechną i powiedzą

nam coś miłego. Już nas kupili. W drugą stronę, to rzecz jasna co innego. Szybko

się od nich uczą rodzimi politycy. Ale nie dla wzajemności, wobec ich

społeczeństw czy elit (Te są na to za mądre i za sprytne.) lecz wobec nas

samych.

Jeśliby ktoś pomyślał, że Kresowianie są jedynym obiektem tanich zabiegów, które

mają zapewnić ich uznanie wyborcze, mógłby się bardzo pomylić. To nie jest

kwestia, tylko środowisk kresowych, lecz właśnie specyfika zachowania wobec

Polaków.

Nie załatwianie tego, co ich boli, a w zamian dawanie im namiastki, lub nadziei,

że się coś zmieni, bądź iż uzyskają pełną satysfakcję w przyszłości – kosztuje

ludzi publicznych naprawdę niewiele. Spora część społeczeństwa wydaje się na to

łapać, a traktowanie tego jako dobrą monetę wystarcza. Dlaczego więc nie

korzystać?

Zawsze nie mogłem wyjść z podziwu, jak państwo niemieckie za miesiące, czy

wręcz, w niektórych wypadkach lata niewolniczej pracy wypłaca polskim robotnikom

przymusowym drobne, w skali do wartości ich pracy – pieniądze. Czym bowiem jest

odszkodowanie, dajmy na to np. 8 tysięcy złotych, wobec najmniej

wielomiesięcznego „zatrudnienia”, często w fatalnych warunkach, z naruszeniem

normy godzin?

Dodajmy do tego, niejednokrotnie wrzeszczącego niemieckiego zarządcę i

zagrożenie zdrowia oraz życia za postawienie oporu. Oczywiście warunki nie

wszędzie były jednakowo fatalne, ale cóż z tego. Wszelako państwo niemieckie i

społeczeństwo, które pełniły rolę kata, wyszły ekonomicznie, zrządzeniem

historii na wyższy poziom życia, niż ich ofiary.

Gdy myśli się o tym, można dojść do następującego wniosku: Państwo, którego

emeryci jeżdżą do ciepłych krajów stać byłoby na coś więcej niż ochłapy dla tych

polskich nestorów, którzy żyją już w postkomunistycznej Polsce w fatalnych

warunkach.

Dramat polega na tym, że ci ludzie są wielokrotnie zmuszeni zadowolić się takimi

pieniędzmi. Jednak należy sobie zadać pytanie: Dlaczego nasi sąsiedzi zaczęli w

ogóle wypłacać te pieniądze? Czyż nie dlatego, że liczyli na tanią satysfakcję,

zaś wypłaty zapewniali w ten sposób, że przeznaczyli na nie pieniądze jakie

chcieli i na swoich warunkach?

Osoba fizyczna miałaby właściwie niezbywalne prawa do domagania się odszkodowań,

których nie mogłoby się zrzec nasze entuzjastyczne w integracji państwo. Tak jak

np. dokonała tego PRL wobec odszkodowań za straty, a przez wzgląd na „dobrych

Niemców z NRD”, lub III RP odszkodowania od Rosji za przesył gazu.

Uzyskany w ten sposób dla Niemców PR mógłby być satysfakcjonujący, a wydanie

tych pieniędzy argumentem. Tak jak argumentem jest, że Polacy na Kresach i

środowiska kresowe, zresztą bez politycznego wsparcia, dostają na swoją

działalność, od władz polskich, w skali problemu – „drobne”, które służą za

wymówienie się, gdyby ktoś wywołał do tablicy.

Otóż jeszcze mniej kosztują słowa i publiczny teatrzyk, który także daje się

dzięki środkom medialnego przekazu zaobserwować, choć nie każdy go zauważa.

Ulubionym moim wspomnieniem jest moment gdy miałem po raz pierwszy możność

zobaczyć na Pl. Piłsudskiego panią prezydent Grybauskaite 11 listopada 2010

roku.

Ta czołowa litewska niewiasta krzyknęła wtedy hasło, które mnie samemu, zapewne

we wczesnej młodości, wychowanemu w duchu historii i miłości do braci „Litwinów”

(Tak naprawdę „Lietuvisów”) sprawiłoby satysfakcję: „Vivat Polacy!”. Problem w

tym, że stałem wtedy, już świadomy, z jednym z transparentów, o treściach

upominających się o prawa moich rodaków na Litwie.

Wiedziałem więc na czym polega numer, który ta sprytna kobieta chciała Polakom

wyciąć. A mianowicie, dać tanią satysfakcję, dla zasłony dymnej, tego co

naprawdę jej kraj ma dla nas za pazuchą. A kiedyś nabrałbym się, jak wielu

innych, byłbym szczęśliwy, uważałbym, iż rzeczywiście wybijamy się na lidera

regionu, restytuujemy Unię na pohybel wrogom.

Co więcej wizytę pani prezydent poprzedzono tekstami w prasie, informującymi, że

mówi po polsku, ponieważ bawiła się w dzieciństwie z polskimi rówieśnikami. Czyż

można zrobić wokół wizyty piękniejszą atmosferę? Czyż nie można zdezinformować w

ten sposób ludzi o rzeczywistych uczuciach naszych „lietuvskich” braci do

Polaków?

Można było i „Vivat Polacy!” stanowiłoby kropkę nad „i”. To się jednak jej nie

udało, ponieważ ze kolegami i koleżankami zorganizowaliśmy akcję, która te plany

prezydent Grybauskaite popsuła. Czerwonej Dalii na szczęście nie udało się kupić

uczuć Polaków w promocji.

Podobnie premier Tusk w Wilnie strzelił w kościele św. Teresy, obok Ostrej Bramy

wileńskim Polakom wzruszającą mowę, ubił interes polityczny i odleciał. To

wszystko po kosztach, bo zatrzymał protesty Polaków, godząc się na powstanie

mieszanej Komisji, która wyjaśniłaby kontrowersje wokół ustawy edukacyjnej,

przeciw której Polacy protestowali.

Strajk zgasił, z komisji nic nie wyszło, zrobił wrażenie przed wyborami, a

antypolska ustawa edukacyjna została i zbiera żniwo. Przy czym z jednej strony

zauważyć można, że był mniej sprytny, bo naobiecywał, iż się państwo o

wileńskich Polaków upomni, że będzie pilnował tej sprawy, toteż poniósł „koszt”

zrobienia z siebie kłamcy.

Z drugiej strony był skuteczny i to jemu, w odróżnieniu od Grybauskaite się

udało, a że obiecał? I cóż z tego, nikt go przecież do tej pory z tego nie

rozliczył. Słowa nic go nie kosztowały. Podobnie, pomimo ocenzurowania słowa

„ludobójstwo” w 70 rocznicę zbrodni, dokonywanych przez OUN-UPA, do której to

cenzury premier się przyczynił – starał się nadrobić przed wyborami do

Europarlamentu w prosty sposób.

Złożył kwiaty we wsi Rudka, w jednym z miejsc zbrodni, jakich dokonywała ta

organizacja i powiedział w Lubaczowie do mieszkańców, regionu, którym na tej

sprawie zależy m.in. „Dobra przyszłość, bezpieczna przyszłość, także bezpieczna

przyszłość Polski i Ukrainy, będzie w bardzo dużym stopniu zależała od tego, na

ile Polacy i Ukraińcy dobrze zrozumieją swoją historię, będą ją prawdziwie

opisywać i wyciągną z tej historii właściwe wnioski.”.

Tym samym dał do zrozumienia, w wyjątkowo zawoalowany sposób: „Nacjonaliści

ukraińscy zakłamują historię i dopóki nie przestaną stanowi to zagrożenie.”.

Choć przeciętny człowiek w Europie, tak by tego nie zrozumiał, bo premier

wymienił zarówno Polaków, jak i Ukraińców, ale wprowadzeni w problem wiedzą o co

chodzi.

Zasygnalizował w ten sposób, że zauważa obawy mieszkańców Podkarpacia i je

podziela. Mistrzostwo świata. Czy coś go to kosztowało? Nic, wystarczyło trochę

pogadać, a nasz premier, co trzeba przyznać gadane miał (Tylko dziś w

europarlamencie trudniej o naiwnych.). A ludzie znów poczuli się

usatysfakcjonowani i dał im nadzieję. Niestety, jak widać nie zawsze za tym idą

czyny.

Dość istotną kwestię stanowi jednak wybór przez niego, zawoalowanej wypowiedzi,

w temacie zbrodni OUN-UPA. Otóż od lat właśnie, w tej sprawie politycy używają

języka politycznego szyfru. Ma on uniemożliwić, aby proste i prawdziwe wyrażanie

się, nie doprowadziło do „rozdrażniania ukraińskich nacjonalistów”, którzy to

ponoć grożą, że w takim wypadku pójdą w ramiona Rosji.

To oczywiście bzdura, ale całość debaty w tej sprawie i wszelkich uroczystości,

poddawana jest w mniejszej lub większej formie cenzurze słownej. Z nią też, w

sferze publicznej odbywa się walka i starcia. Jednak nie tylko z cenzurą, ale

także, a właściwie przede wszystkim z historycznymi fałszami, pojawiającymi się

w sporej części przekazów.

Szczególne manipulacje publikowała na ten temat, przez lata Gazeta Wyborcza. I

oto pojawiają się głosy, że ten „znamienity” tytuł prasowy, debatując nagłaśniał

temat (!). Natomiast kontrowersyjne wypowiedzi, ze względu na przemilczenia, np.

podczas uroczystości z udziałem czołowych polityków (Im niższy garnitur

przedstawiciela władz, tym mniej przemilczeń. Taką zasadę zaobserwowali

Kresowianie.) są niejednokrotnie argumentem, że o tej sprawie się mówi głośno

(!).

Nie ważne, że się kłamie i wiele faktów przemilcza, nie uczy się o niej

młodszych pokoleń w szkole, a jeśli tak to w sposób żenujący. Bez wykładania w

tym temacie prawdy, lecz np. za pomocą uroczystości, o wątpliwej szczerości i

półproduktów chce się kupić przychylność środowisk kresowych. Większość

Kresowian na szczęście się na to nie nabiera, ale aktorzy do teatrzyku się

zawsze znajdą.

Wszystko więc, jak zwykle po kosztach. Przynajmniej część społeczeństwa, za tę

niewygórowaną cenę daje się przekonać, że o sprawie się nie milczy. W końcu w

PRL’u też „nie milczano” o Zbrodni Katyńskiej, jeśli już coś musiano powiedzieć,

twierdzono, że to Niemcy. Nie wystarczy bowiem powiedzieć cokolwiek, by mieć

spokój tanim kosztem, ale wypada mówić prawdę.

Niektórym typom naszych współrodaków wystarczy satysfakcja w stylu: defilowanie

naszej kompanii reprezentacyjnej w Moskwie, w rocznicę zakończenia drugiej wojny

światowej. Bo prawda już nie jest potrzebna, tym bardziej jakieś pozytywne

działanie, by sprawiedliwości uczynić zadość.

Wreszcie finalnie od Niemców zaczęliśmy, i na nich też skończymy. Oburzali się

Polacy na film „Nasze Matki, Nasi Ojcowie”, że kala imię Armii Krajowej i

słusznie. Ale po fali dyskusji, która się przetoczyła i nic nie dała, pojawił

się krzykliwy tytuł prasowy z wypowiedzią niemieckiego twórcy tego filmu.

„Polacy skrzywdziłem was!” i już część rodaków wzruszona tą skruchą, traktując

ją jako dobrą monetę poczuła się usatysfakcjonowana. Nagle przestało być ważne,

że Niemcy eksportują ten serial do wielu krajów na świecie, zniesławiając nas,

który to proces jest ciągle trwającym i niewspółmiernym.

Ba nawet, aby nas przekonać (i już nie tanim kosztem?) TVP kupiła oraz

wyemitowała ten serial. Tylko sprytni Niemcy nic nie zapłacili, zarobili i już

mają rączki czyste? Co za wieczni szczęściarze! Poszczęściło im się jak zwykle

po dwóch wojnach.

Ponadto dzięki emisji filmu w Polsce zyskali argument klucz, dla zakupujących od

nich serial zagranicznych telewizji. Gdyby jacyś miejscowi Polacy, przed jego

emisją demonstrowali w różnych krajach świata, to wiecie gdzie go wyemitowano?

No właśnie, to po co się czepiać?

„Skrzywdziłem Was! Polacy!” – jakie to piękne! Jakie tanie! I jak skuteczne… Tym

nasi rodacy poczuli się usatysfakcjonowani i uspokojeni, jako niby moralni

zwycięzcy. Ale jak już wiemy, takie tanie chwyty, to nie jedynie niemiecka

specjalność, szkoda tylko, że nadal się politycznie opłacają.

Aleksander Szycht

 

Źródło: http://kresy24.pl/63778/polakow-mozna-usatysfakcjonowac-za-grosze/

 

 

KOMENTARZE

  • A pan?
    pisze o tych co nami rządzą i mówią po polsku. Sprzedaja nas za marny grosz , ale z polakami nie maja nic wspólnego.
    Polacy polegli wyrznięci i na obczyźnie. Troszkę jest ,ale mało i ci nie oddadzą niczego za grosz. Właśnie utworzyli miasteczko koło sejmu i zapomniani trwają w swej Ślimaczej Polskości.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031