Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1606 postów 944 komentarze

MacGregor

MacGregor - J-23 na angielskiej prowincji

Aleksander Szycht: Niepolskie widzenie swiata.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Pełny tytuł: „Niepolskie widzenie swiata rozszerza się w naszym kraju chorobliwie niczym islam” Kresy24.pl, 1 lutego 2015

 

Dlaczego Niemcy, Rosjanie, Ukraińcy i Litwini są silniejsi od nas? Widać to choćby po młodych Ukraińcach. Przyjeżdżają tu na studia i nierzadko zamiast poznać fakty, które u nich w kraju się przemilcza, przekonują do bohaterstwa Stepana Bandery i UPA. Czasami robią to nieświadomie, będąc ofiarami neobanderowskiej propagandy. Mimo wszystko ona nie ma monopolu na Polaków. Są też niestety inne.
Młodzi Polacy, studiując bałtystykę w Polsce, niejednokrotnie wraz z językiem bałtolitewskim oraz znajomością kultury, zaczynają na swoich wileńskich rodaków patrzeć, najdelikatniej mówiąc z pobłażaniem. Samą zaś genezę stosunku przedstawicieli dwóch już wymienionych narodów do nas, przedstawić nam mogą „rzetelnie” … Rosjanie czy Niemcy.
Wygląda ona mniej więcej tak: polska szlachta tłumiła słuszne dążenia narodowościowe innych słowiańskich ludów. Nie zdziwmy się zatem, jeśli o „polskim karygodnym kolonizatorstwie” dowiemy się od Francuzów. Oni też to „łykają jak ciepłe kluski”.
Zacznijmy jednak od pewnego starego i młodego pokolenia na Ukrainie. Banderowcy, jak i neobanderowcy są przyzwyczajeni do tego, że mogą stanowić raka na polskim ciele. Bardzo lubią, gdy pacjent przekonuje sam siebie, że to nic takiego, lub iż nawet, w gruncie rzeczy jest on przyjazny i nie stanowi zagrożenia.
Ba może nawet pomóc zwalczyć inne choroby, bowiem będzie stanowił przeciwwagę dla rosyjskich prątków gruźlicy, lub co bardziej komiczne, niemieckich bakcyli „Naszych matek, naszych ojców”.
Pomijam ludzi, którzy uparcie twierdzą, że z „lietuvską” wścieklizną można się zaprzyjaźnić, tylko trzeba ją zrozumieć. Potrzeeebne są z nią wymiaaany młodzieży i wspólne prooojekty, a po tym jak zrobi z naszych braci na Wileńszczyźnie mokrą miazgę, być może jest nadzieja, że nam zaufa i przestanie być wścieklizną (!).
Z góry przepraszam tych Ukraińców, Rosjan, Niemców czy Litwinów, którzy poczuli się obrażeni tymi porównaniami. Jednak ich obiektem nie są zwykli ludzie, co właśnie chore spośród nich jednostki, które zdominowały, bądź chcą zdominować ich naród.
Ich zaś myślenie ma się stać, bądź stało się myśleniem narodowym. Zamierzam sprowokować czytających, do oceny czy są w naszym własnym społeczeństwie ludzie, którzy infekują je „zapaleniem opon mózgowych”.
Największe popisy na tym kierunku dawał w Polsce, przez lata ruch neobanderowski. Albowiem za całe morze polskich pieniędzy dokonywano różnych dziwnych „inwestycji”. Za niesamowite finanse pompowano neobanderyzm w Polsce, który ją samą, lub jej część traktował jako smaczny kąsek. Na iluż to konferencjach naukowych, prasowych, i wszelkich innych sprowadzano uczonych banderofilów z Ukrainy, którzy za polskie złotówki wtłaczali Polakom swoje patrzenie na świat. Zaś inni słuchacze, przyjmując tę wersję, traktowali się jako obiektywni, tylko dlatego, że nie przyjęli, tej podyktowanym polskim myśleniem.
Iluż to studentów z Ukrainy, zamiast uczyć się prawdziwej historii, niczym sektowi naganiacze traktowali za swoją misję przekonywać swoich młodych (nic niewiedzących) polskich kolegów do UPA i Bandery. Przyznanie im racji, bez żadnej wiedzy, znajomości na temat realiów polskich i automatyczna dyskwalifikacja jakiejkolwiek przeciwstawnej, swojej, polskiej opinii to też niby „obiektywne”.
Nawiązuję tutaj, po pierwsze do Prymasa Tysiąclecia Stefana Wyszyńskiego, który jako młody duchowny przestrzegał Polaków przed czerwoną Rosją. Widział on w czasie pozornego ocieplenia polsko-sowieckich stosunków mechanizm, że za własne pieniądze, sprowadzając np. ich filmy i drukując w gazetach tamtejsze kłamliwe twierdzenia fundujemy sobie ich propagandę.
Szczęście w nieszczęściu, że studenci z byłych sowietów, mieli wgraną tak toporną wielkorosyjską propagandę (w większości o zabarwieniu czerwonym), że nawet młody Polak mógł puknąć się w głowę. Z tego powodu sam nie powinienem się denerwować w związku z tym co powiedziałem.
Jednak drażniło mnie to i zastanawiałem się: Co tutaj ci ludzie robią za polskie pieniądze? Gorzej jest z nacjonalistami ukraińskimi, lub „lietuvskimi”, którzy historyczne polskie doświadczenia z nawałą z Kremla bezpardonowo wykorzystują.  Przeciw nam samym oczywiście.
W związku z tym po drugie stwierdzam, że wielu przyjeżdżających tutaj ludzi, epatuje swoją „ukraińskością” czy „litewskością”, a tak naprawdę kryje się pod tym nacjonalizm. Zachowują się tak jakby byli jednym wielkim ruchem muzułmańskim, który nawraca na islam.
W wielu, jeśli nie większości wypadków, Polacy jako słabsze ogniwo ulegają im, przyjmując ułożony przez nich świat przedstawiony. Każdy zaś kto im się sprzeciwi, jest ksenofobem, nacjonalistą, albo innym „fobem”, bo jakże – przecież nie oni sami A także: ruskim agentem, neobanderowskim pomiotem, żydowskim sprzedawczykiem, etc, etc.
Nie mam nic przeciwko dumie ze swojej kultury, a bycie jej ambasadorem jest godnym podziwu. Zdecydowanie jednak występuje przeciw obcemu szowinistycznemu bakcylowi robiącemu wodę z mózgu Polakom, lub najmniej ten mózg usypiającym.  Sprzeciwiam się też gnuśności, uśpieniu, braku wiedzy i głupocie rodaków. Tak samo byłoby czymś złym budzenie się w nich uczuć szowinistycznych (Mainstreamowe gazety prawią tylko niestety o tym niebezpieczeństwie, szufladkując też w ten sposób jakiekolwiek uczucia związane ze zdrowym patriotyzmem.). Nie mniej gorsze jest bycie „sierotą”, człowiekiem uległym, pseudopacyfistą. Nie należy tego ostatniego mylić z pacyfistą. Chodzi mi o ludzi, którzy swoją miałką postawą pozwalają na krzywdzenie siebie, lub innych bliskich sobie osób. Tylko dlatego, że nie mają w jakikolwiek sposób odruchu przeciwstawiania się złu, lub dociekliwości, by pewne informacje zweryfikować. Idzie o ludzi leniwych intelektualnie, którzy pewne gotowe trendy, podlegające wcześniej cudzej obróbce, uznają za swoje. Wolą gotowy produkt, zamiast sprawdzenia, czy może nie są w stanie dostać czegoś lepszego. Sprzeciwiam się wszelkim możliwym, często pośrednim sposobom dotowania właśnie tych obcych agitatorów, pośród których możemy znaleźć przedstawicieli większości sąsiadów, a z którymi mieliśmy w przeszłości jakiekolwiek konflikty i zachowane do czasów obecnych różnice interesów. Wlicza się w to zarówno dofinansowywanie np. „Sputnika nad Warszawą”, z kasy państwowych instytucji, zakupowanie „Ich matek, ich ojców” przez TVP i tym podobnych (To bliźniacze sprawy, o jakich analogicznie poczytamy w przedwojennych tekstach Prymasa), utrzymywanie na polski koszt zbanderyzowanej młodzieży na studiach, czy przyjeżdżających tu „uczonych” piewców UPA. To tylko przykłady, bo jest morze takich kwestii i równa ilość zaślepionych Polaków, którzy swoje zaufanie uważają za otwartość. Są również otwarci na łykanie obcej propagandy. Więcej nawet, są gotowi zarówno ją łykać, jak i ponosić za to pośrednie koszty. O tym ostatnim rzecz jasna najczęściej nie myślą, ich umysł tam nie sięga.
W związku z powyższym pojawia się wśród Polaków równie interesujący mechanizm.  Działa on tak, że pod wpływem różnych, przeciwnych sobie propagand (często za naszą forsę), sami między sobą o mało nie będą rzucać się toporkami. Gdzie więc to centropolskie myślenie, o które apeluję?
Przy czym zaznaczam, że centropolskie myślenie nie oznacza ani wszechwładnego egoizmu narodowego, ani zatracenia obiektywności w myśleniu wobec prawdy. Chodzi o patrzenie przez nasze polskie biało-czerwone okulary, a nie zakładanie biało-czerwonej opaski na oczy, tak jak właśnie opaski na oczy zakładają sobie, czy właśnie nam, nierzadko nasi sąsiedzi. Jednak błodzy piewcy miłości często wiedzą lepiej.
Zacytujmy teraz pewne fragmenty z prasy. Najpierw kawałek artykułu z trzech tekstów składających się na polemikę Marcina Wojciechowskiego i Piotra Skwiercińskiego. Zainteresowanych odsyłam do oryginalnych tekstów, by sami wyrobili sobie zdanie, kto ich przekonuje.
Wojciechowski nie polemizuje – bo trudno zaprzeczać faktom – z tym, że polska polityka wobec Litwy, prowadzona konsekwentnie w ciągu ostatnich 20 lat, poniosła fiasko. Litwini, mimo obietnic, nie zrealizowali żadnego postulatu ważnego dla polskiej mniejszości. I wyciąga stąd wniosek: więcej tego samego!  Dalej nie robić nic (poza może dyplomatycznymi gestami), dalej więc de facto udawać, że nic się nie stało. Dajcie choremu na raka jeszcze więcej aspiryny, w końcu pomoże… Jeśli jednak ktoś zacząłby narzekać, że gorzej być już z nami Polakami, w kwestii walki o interesy rodaków być nie może, proponuję zerknąć na tekst Dominika Wilczewskiego. Napisany wprawdzie ponad trzy lata temu, lecz jako przykład podpasował mi teraz idealnie.
Otóż autor zdecydował się napisać recenzję artykułu Aleksandra Gubrynowicza w Wyborczej „Litwo, ojczyzno Litwinów”. Z fragmentów recenzji zebrałem razem podobne do siebie cytaty: Tekst ten jest wart odnotowania z tego m. in. powodu, że jest jedną z niewielu w polskiej prasie rzetelnych analiz współczesnych stosunków polsko-litewskich, które ukazały się w ostatnim czasie. Trzeba podkreślić, że właśnie rozsądnych głosów w dyskusji na ten wbrew pozorom istotny dla Polski i Polaków temat zdaje się w polskich mediach brakować. […]Nie można jednak spostrzeżeniem autora odmawiać trafności, a niektórym jego postulatom pewnego nowatorstwa. Aleksander Gubrynowicz uważnie przyjrzał się najnowszej historii relacji polsko-litewskich. […]
Aleksander Gubrynowicz trafnie diagnozuje problemy, jakie trawią obecnie litewskie państwo i społeczeństwo, a które umykają nieco uwadze tych, którzy koncentrują się na sprawach polskiej mniejszości. […] W tych kwestiach wypada się zgodzić z Aleksandrem Gubrynowiczem. […]
Są to propozycje człowieka dobrze znającego materię rzeczy, o których się wypowiada. Tym bardziej nie należy ich lekceważyć […] Ale po tych koncepcjach widać, że zrodziły się z prawdziwej troski o dobro stosunków polsko-litewskich.  Źle się stanie, jeśli zostaną spalone w ogniu krytyki ze strony nieprzejednanych obrońców fałszywie pojmowanej polskości.
Nie wiem czy Dominik Wilczewski nagrywał się Gubrynowiczowi do szafy, niczym Jarząbek – prezesowi Ochódzkiemu w „Misiu”. Jako, że być może mam mandat by poczuć się tym jednym z nieprzejednanych obrońców fałszywie pojmowanej polskości, mam również prawo, gdy jest ku temu okazja – odpowiedzieć. Wypada przypomnieć, co go tak zachwyciło, bowiem Gubrynowicz w swych pomysłach idzie znacznie dalej, niż kwestie, które jawią się w polemice Skwierciński-Wojciechowski. By dać najpierw próbkę tego, co Gubrynowicz jest w stanie napisać pokażmy, jak przekazuje coś, co bardzo łatwo zweryfikować:
Nie wolno bowiem zapominać, iż ostatnie awantury wokół likwidacji polskich szkół na Litwie wynikają również z rozpaczliwego stanu budżetu państwa, które, gdzie tylko może, szuka oszczędności. Przypomnijmy, ze jednocześnie ze stałym zamykaniem szkół polskich wyrastają nowe, superluksusowe, ekstremalnie drogie litewskie, do których często nie ma nawet wielkiej ilości kandydatów. Czasami uczęszcza do nich, na czysto polskim etnicznie terenie po kilku uczniów (!). Naganianych tam najczęściej pod presją i obietnicami, dopiero, gdy budynek jest ukończony. To działo się i dzieje nadal, taka właśnie to oszczędność. Dalej zacytujmy coś, nad czym chyba najbardziej zachwycił się młody recenzent. Dotyczy tego, jaką politykę miałaby, według niego prowadzić Rzeczpospolita Polska, wobec Litwy. A jest moim zdaniem ogólną chorobą trawiącą Polskę, nie tylko w kwestii stosunków z Republiką Litewską:
Zatem tylko taka polityka trafi do serc i umysłów Litwinów, w której to właśnie Warszawa obok władz litewskich stanie się piastunką litewskości. Zgodnie z zaadaptowaną regułą pomocniczości Polska mogłaby wspierać Wilno wszędzie tam, gdzie sama Litwa może nie mieć dostatecznych środków, aby powstrzymać emigracyjny krwotok.
Biorąc to pod uwagę, strona polska winna wykazać się przy tym olbrzymim taktem i delikatnością w przedkładaniu konkretnych propozycji Litwinom. Jednak nic nie stoi na przeszkodzie, aby już teraz w Warszawie zastanowić się, w jaki sposób wesprzeć nie tylko szkołę polską, ale też szkołę litewską działającą na Litwie. Polska mogłaby wesprzeć szerzej litewskie programy kulturalne lub edukacyjne, zastanowić się nad kształceniem litewskich nauczycieli w Polsce, wsparciem litewskich produkcji filmowych, czy dzieł literackich. Wsparcie edukacji i kultury litewskiej winno jednak być nie tyle jednorazową akcją propagandową, ile początkiem długofalowej strategii politycznej państwa polskiego. W skrócie, można powiedzieć w ten sposób, nie tylko nie zmieniajmy swojej delikatnej polityki wobec tych, którzy jej nie doceniają, ale także podziękujmy i nagradzajmy ją jeszcze bardziej. Jak dla mnie to sadomaso w czystej formie (sadyzm wobec własnych rodaków rzecz jasna). Dalej pozostawię bez komentarza. I zacytujmy znów Dominika Wilczewskiego:
Szukając dróg rozwiązania problemów polsko-litewskich Aleksander Gubrynowicz daje pod rozwagę pomysł, który wielu wyda się zaskakujący. Cóż, już gdzieś coś podobnego, przed słowami Wilczewskiego słyszałem: Mości Panowie wielu spomiędzy was zdziwi, albo zgoła przestraszy ten toast, ale kto mi wierzy i ufa, kto prawdziwie chce dobra ojczyzny, kto wiernym domu radziwiłłowskiego przyjacielem to go wzniesie ochotnie […].
A „Lietuvisi” mają w końcu pomnik w Kiejdanach, zaś inny punkt widzenia na pewne sprawy trzeba „zrozumieć”… Dość już jednak sarkazmu, lecz jego powodem jest jedynie fakt, że Dominik Wilczewski idzie jeszcze dalej niż Gubrynowicz, bowiem do jego propozycji dodaje kolejną:
Z drugiej strony warto się może zastanowić nad zwiększeniem promocji polskiego kina i literatury na Litwie, a jednocześnie należałoby zadać sobie zdecydowanie więcej trudu, aby popularyzować litewską kulturę, która w praktyce jest u nas niezauważalna. To byłoby trafne, gdyby nie fakt, że w praktyce wykonane zostałoby jednostronnie.
A co gorsza. wpisuje się w pustą gadkę z serii, iż potrzebne są wymiany, które natychmiast, jeszcze przed wykończeniem Polaków rozwiążą problemy (Sic! Więcej o takim podejściu niektórych, względem szykanowania wileńskich Polaków tutaj pod linkiem). Jakie problemy? Przecież nikt nikogo nie dyskryminuje… przecież to co się dzieje wytłumaczyć można na dziesiątki innych sposobów… Widać różnice, które kształtują podejście najczęściej spotykane w Polsce i w krajach ościennych. Dla kontrastu bowiem można sobie poczytać artykuł Eldoradasa Butrimasa „Usiądźcie z nami do stołu”, gdzie manipulacyjna gimnastyka, w niektórych fragmentach sięga zenitu, ale przekaz jest jasny: Polacy musicie przyjąć, że nie macie racji i zachowujecie się dziwnie. Taki człowiek broniąc fałszywego oglądu na rzeczywistość, ma tupet twardo występować wobec Polski, na łamach polskiego dziennika. Wszelkie zaś upominanie się o prawdę w Polsce, dominujący piewcy miłości uważają za towarzyskie voux pas, na twardy kij baseballowy proponują giętkość, czyli pseudowyrozumiałość, tzw. „zrozumienie strachu przed Polską”, „wrażliwość” i charakterystycznie pojmowaną „empatię”.
Na serie powtarzających się bez końca uderzeń po twarzy, bo już nie na jedno, nie proponują już nawet nastawiania drugiego policzka, lecz nadstawienie innej części ciała. Nie możemy się zatem dziwić, że z jednej strony różne formy narracji, takiej jak Butrimasa szerzą się jak islam, najpierw wśród młodzieży na Litwie i Ukrainie. Później zaś przenoszone przez nią do Polski. Następnie wchodzą jak w masło do umysłów naszej bezwiednej młodzieży. Dzieje się tak, ponieważ właśnie nie napotykają one nigdzie przeszkód ani przeciwwagi. Powinny spotykać opór w postaci działań polskiej dyplomacji w tych krajach, a nie napotykają go często nawet w Polsce. Mało tego, ale w naszym kraju są wzmacniane przez konkretnych publicystów. Trudno powiedzieć dlaczego. Czy być może dlatego, że mają oni znajomych konkretnej narodowości o wspominanych twardych nacjonalistycznych poglądach? A wszelka próba ich weryfikacji z polskiej strony psuje im prywatne stosunki towarzyskie i wywołuje presje? W takim wypadku chodziłoby więc nie o prawdę, lecz prywatę.
Poddać się i siedzieć trzęsąc się skulonym na podłodze oraz wykonywać polecenie tej silniejszej strony, czy o to chodzi? Przy czym, aby nie było, wbrew pozorom, w takim kontekście to nie Polska jest stroną silniejszą, lecz właśnie ta ponoć w teorii słabsza Litwa i Ukraina. O Rosji nawet nie wspomnę. Tam bowiem są fanatycy, a u nas obowiązuje, nazywana inaczej: doktryna „ciepłej kluchy”. Natomiast innych ludzi, tylko za postulowanie równych standardów nazywa się „szowinistami” i „ciemnogrodem”. Tymczasem względem przyjętej doktryny – są oni po prostu „niewierni”.
Aleksander Szycht
 

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
      1
2345678
9101112131415
16171819202122
23242526272829
30