Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1639 postów 1111 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J-23 na angielskiej prowincji

"Wrażliwość" Ukraińców najważniejsza.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Za każdym razem gdy zbliża się rocznica masowych zbrodni ukraińskich nacjonalistów na Polakach, wydaje się, że priorytetem dla naszych polityków jest wyłącznie jakoś „przeżyć” tę datę i nikomu nie „podpaść”.

 

Za chwilę minie rok od okrągłej 70 rocznicy ludobójstwa OUN-UPA na polskiej ludności. Czas na słodko-gorzkie podsumowanie.
Po przegranej batalii sejmowej o stwierdzenie oczywistości, że ludobójstwo banderowskie po prostu miało miejsce, można podejrzewać, iż taki Sejm byłby w stanie uchwalić nawet kolejny rozbiór Polski, jeśli tylko miałoby to połechtać „wrażliwość” jakiegoś innego narodu. I oczywiście przekonywaliby, że uchroni to nas – Polaków przed katastrofą.
Ale może to za mocno powiedziane? Wszak sejmowe głosy w sprawie uchwały rocznicowej były wyrównane – 212:222. Co więcej – sprawiedliwi posłowie znaleźli się prawie w każdej partii. Faktem jest jednak, że większość przedstawicieli społeczeństwa dla jakiegoś trudno definiowalnego „dobra” może w każdej chwili wyprodukować z siebie dziesiątki eufemizmów, relatywizacji lub hipokryzji. Przy tym wcale nie jest jasne, czy chodzi o „dobro” Polaków.
Za każdym razem, gdy nadchodzi „wołyńska rocznica”, większość czołowych polityków popada w głęboką kontemplację. Nie tyle nad tym, jak kilkadziesiąt lat od tej zbrodni uczcić jej ofiary, ile jakby tu za bardzo nie przeszkodzić w kulcie nazistowskich zbrodniarzy z UPA. Nazywają to: „nie urazić Ukraińców”, „nie popsuć relacji z Ukrainą”. Tylko „jakich Ukraińców obrażamy mówiąc słowo „ludobójstwo”?” – pytał retorycznie swoich partyjnych kolegów poseł PO Michał Jaros na posiedzeniu Komisji Kultury i Środków Przekazu.
Zdumiewające są ścieżki rozumowania posłów: jeśli nie będziemy przeszkadzać w banderyzacji Ukrainy i zgodzimy się, by większość Ukraińców zaakceptowała jako bohaterów ludzi, którzy nas szczerze nienawidzili i pragnęli granicy z Niemcami – to poprawimy w ten sposób relacje polsko-ukraińskie i doprowadzimy do „pojednania”. Wprowadzenie rok temu przez PO dyscypliny partyjnej w głosowaniu nad uchwałą historyczną to kolejny przyczynek do dziejów wolności w Polsce ostatnich lat. A wszystko po to, by usunąć to niewygodne słowo: „ludobójstwo”.
Przy okazji historyczną wiedzą „błysnął” wtedy szef klubu PO Rafał Grupiński: „(…) w przypadku tej zbrodni, za którą ponosi odpowiedzialność Ukraina i jej polityka w czasach okupacji (…)”. Grupiński dokonał więc rzeczy, która dotychczas nie udała się żadnemu historykowi: odkrył, że w czasie wojny istniało jakieś państwo ukraińskie. Tylko jak w tej sytuacji traktować odwieczny płaczliwy argument polskiego salonu usprawiedliwiający zbrodnie „Ukraińców” (dla salonu Ukraińcy i banderowcy to najwyraźniej to samo), że „nie mieli oni swego państwa”?
Rocznice zbrodni na Polakach, zwłaszcza okrągłe, cechuje zazwyczaj nasilenie „banderowskiej turystyki” w Polsce – nagle naszych prezydentów, premierów, marszałków i innych dygnitarzy odwiedzają Ukraińcy związani z tamtejszymi nacjonalistami. Kursują tam i z powrotem jak małe parowoziki. Celem jest oczywiście ”pojednanie”, „zapobieżenie w zatrzymaniu pojednania”, „opowiedzenie o zagrożeniach dla procesu pojednania”, jego „utrzymanie”, „przyspieszenie”, „wspomożenie” i wszelkie inne dopieszczenie. A tak naprawdę chodzi o cenzurę.
W ubiegłym roku przyjazd znamienitych gości z Ukrainy poprzedził polski poseł narodowości ukraińskiej Miron Sycz swoją wizytą u prezydenta Bronisława Komorowskiego. Świetna okazja, aby przekonsultować sprawę upamiętnienia ofiar zbrodni formacji, której członkiem był ojciec Sycza. Bo zaproszenie w pierwszej kolejności samych zainteresowanych, czyli rodzin ofiar, byłoby przecież mocnym nietaktem, prawda?
Wkrótce z odsieczą Syczowi nadciągnęli też liczni ukraińscy goście, a wśród nich Światosław Szewczuk, arcybiskup kościoła grekokatolickiego, którego kapłani nieustannie święcą pomniki zbrodniarzy z UPA oraz pierwszy prezydent Ukrainy Leonid Krawczuk.
Szczególnie ten ostatni okazał się mistrzem w produkowaniu eufemizmów i relatywizacji: „Nie ma wiarygodnych metod policzenia ofiar, więc nie jest to temat do dyskusji” – mówił w Polskim Radiu. Kłamstwo? Nie szkodzi. Zdaniem Krawczuka, również określenie zbrodni UPA na Polakach słowem „ludobójstwo” jest niezgodne z definicją międzynarodową. Kolejne kłamstwo? Nie szkodzi.
Krawczuk pouczył też nas, że „Polacy nie powinni oceniać historii Ukrainy”. A niby dlaczego nie? Czy mordu w Katyniu też mamy nie oceniać bo to „historia Związku Sowieckiego”? A może Żydzi nie mają prawa oceniać Holokaustu bo Niemcy dokonali go na terenie Polski i Niemiec? A po drugie: jakiej „Ukrainy”? Przecież w świetle prawa międzynarodowego te ziemie nie były wtedy żadną „Ukrainą” tylko Polską. Swojej historii mamy nie oceniać?
Potem na spotkaniu w Studium Europy Wschodniej Krawczuk zaprzeczył zresztą sam sobie, a przy okazji wspomnianemu debiutującemu „badaczowi” Rafałowi Grupińskiemu, powołując się na fakt, że państwo ukraińskie w tamtym czasie nie istniało.
Wśród wielu różnych wygłoszonych bzdur Krawczuk ostrzegł też, że Ukraińcy, którzy wcześniej padli ofiarami ludobójstwa Wielkiego Głodu, mogliby zareagować ostro, gdyby im samym zarzuciło się coś podobnego. Tylko co ma tu Wielki Głód do rzeczy? I czy Ukraińcy mają jakiś monopol na bycie ofiarami ludobójstwa?
Od lat na każde wspomnienie ludobójstwa wołyńsko-małopolskiego ukraińscy nacjonaliści i przychylne im w Polsce środowiska jak mantrę pompują w mediach sprawę „polskich odwetów”. Ma to stworzyć wrażenie równowagi: „Polacy” z „Ukraińcami” wyrzynali się nawzajem. Najlepiej jednak, kiedy tylko strona ukraińska może nagłaśniać swoje ofiary.
Przykładem takiego podejścia był medialny chór oburzenia po zorganizowanej 20 lipca 2013 r. rekonstrukcji ataku UPA na kresową polską wieś w Radymnie. Dodajmy, że była to inscenizacja stonowana i symboliczna, pozbawiona scen prawdziwego okrucieństwa owych wrażliwych „Ukraińców”. Mimo to niejeden polski polityk – ręka w rękę ze Związkiem Ukraińców w Polsce – poczuł się w obowiązku zaatakować tę inicjatywę, jako „kontrowersyjną”.
Jednak gdy w 2007 roku na Watrze Łemkowskiej ludzie związani z tą organizacją odwzorowali fragment operacji „Wisła” jakoś nikt z tych polityków nie pisnął słowem. A tam w subtelności nikt się nie bawił: oprawcy w polskich mundurach ganiali pośród krzyku za kobietami i dziećmi, aby zapędzić je do ciężarówki i wywieźć. Ale tamta inscenizacja była, oczywiście, w porządku.
Jaka jest różnica między tymi wydarzeniami? Polska rekonstrukcja nie była drastyczna, pomimo oczywistych różnic w skali zbrodni, które w pełni mogły to uzasadniać. Za to rekonstrukcję ukraińską uświetnił swoją obecnością ówczesny ukraiński prezydent Juszczenko, co też jakoś nikogo w Polsce nie oburzyło.
Natomiast polski prezydent Bronisław Komorowski kilka lat później obawiał się urazić „Ukraińców” nawet udziałem w spokojnym marszu 11 lipca w Warszawie. Wymawiał się zresztą od tego udziału w sposób zdumiewający, ustami prof. Nałęcza, który wskazywał na rzekomą drastyczność owej inscenizacji w Radymnie. Tyle, że przecież była ona gdzie indziej, kiedy indziej i kto inny ją organizował… Cóż, może gdyby Kresowianie nieśli w swoim marszu wielki czekoladowy trójząb, pan prezydent dałby się skusić?
I jeszcze jedna różnica między tymi wydarzeniami: Związek Ukraińców w Polsce, ukraińscy Łemkowie (nie mylić z Łemkami polskimi i niezależnymi) dostają zwykle na tego typu swoje imprezy sowite pieniądze z polskiej kasy państwowej. Kresowianom natomiast rzadko udaje się wybłagać choćby małą kwotę od jakiegoś samorządu, a najczęściej nie dostają nic.
Skoro wspomnieliśmy już profesora Nałęcza, to wspomnijmy, że 12 czerwca 2013 r. on również wypowiedział się na temat banderowskich zbrodni w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej”. Można by go uznać za niezły, gdyby nie dwa wyrażenia, które wymowę całej wypowiedzi stawiają pod znakiem zapytania.
Chcąc koniecznie uniknąć określania zbrodni nacjonalistów ukraińskich słowem „ludobójstwo” i pozostać po „słusznej” stronie politycznej barykady, a z drugiej strony aby mimo wszystko oddać charakter tej zbrodni, prof. Nałęcz przeszedł w ekwilibrystyce słownej sam siebie: „To była czystka etniczna, realizowana metodą ludobójstwa, nie cofająca się przed ludobójstwem. To nie było jednak klasyczne ludobójstwo”. Ciekawe co to jest zatem „klasyczne ludobójstwo”? Żadne definicje tego nie wyjaśniają. Czy chodzi o metody? Gazowanie, rozstrzeliwanie, głodzenie lub zabijanie maczetą?
Prof. Nałęcz rozminął się też całkowicie z prawdą w ocenie stopnia gorliwości zbrodniarzy: „Zbytnio nie przeszkadzano ucieczkom i przenosinom”. Chodzi, oczywiście, o ucieczki Polaków z Małopolski Wschodniej. Owszem, przeszkadzano. A w większości wypadków robiono wręcz wszystko by uśpić czujność przyszłych ofiar, aby nie uciekły z miejsca planowanej na nich zbrodni.
Dopiero w drugiej fazie ludobójstwa pojawiły się przypadki poprzedzania rzezi akcją ulotkową z ostrzeżeniem i żądaniem ucieczki. Tyle, że na ucieczkę było z reguły za mało czasu. Zdarzały się też zbrodnie na tych, którzy chcieli wyjechać i czekali już na pociąg ekspatriacyjny!
Są też banderowskie dokumenty, z których wynika, że ucieczka Polaków „nie załatwi sprawy” bo będą oni potem mieli pretensje do pozostawionej przez siebie ziemi i majątku. Wspomniane akcje ulotkowe miały więc charakter wyłącznie propagandowy. Po co te marginalne w skali całego ludobójstwa przypadki wysuwać jako argument? A już słowo „przenosiny”, delikatnie mówiąc, wydaje się w tym kontekście mocno nieodpowiednie.
Cóż… Najważniejsze aby w tym zbliżającym się dniu 11 lipca nie kalać banderowskich „bohaterów”, którzy co najwyżej „popełniali błędy”. To nic, że tych „błędów” było co najmniej 100 tysięcy. Nie trzeba naruszać kruchej wrażliwości, bynajmniej nie Kresowian, lecz „Ukraińców”.
A ponieważ Sejm nie uchwalił tej daty jako Dnia Pamięci Ofiar OUN-UPA, pozostaje nam – Polakom pamiętać o niej przynajmniej nieformalnie. A władza niech sobie tego dnia ustanowi oficjalny Dzień Pamięci o Wrażliwości „Ukraińców”.
 
Aleksander Szycht
 

KOMENTARZE

  • ------------ RACHUNEK CIĄGNIONY -nienawiści wśród ludzi
    http://bialczynski.wordpress.com/slowianie-tradycje-kultura-dzieje/zblizenie-polska-rosja/papiestwo-i-narodziny-nienawisci-polsko-rosyjskiej-czyli-jeszcze-o-latach-1610-1612-i-o-kontrreformacji/

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
    123
45678910
11121314151617
18192021222324
252627282930