Gorące tematy: Ryszard Opara: „AMEN” Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1731 postów 1468 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J-23 na angielskiej prowincji

Rosyjskie strachy ważniejsze niż Polacy Wileńszczyzny.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Czołowy teoretyk polityki wschodniej środowiska Prawa i Sprawiedliwości – Przemysław Żurawski vel Grajewski ponownie zajął się kwestią Polaków na Wileńszczyźnie. [ wg mnie taki z niego „ekspert”, jak z koziej rzyci mandolina ]

 

Zarówno publicysta jak i redakcja „Gazety Polskiej Codziennie” potraktowali temat jako istotny gdyż opublikowano aż dwa artykuły Żurawskiego vel Grajewskiego poświęcone tematowi, kolejno 23 i 24 czerwca. Być może wiąże się to ze sporym fermentem jakie w środowiskach sympatyków sprawy kresowej wywołała postawa tak redakcji „GPC” jak i obozu politycznego, którego jest prasowym ramieniem, w sprawie Ukrainy. Postawa bezkrytycznego podejścia do obozu majdanowej rewolucji po przyjęciu której początkowo całkowicie nie było miejsca dla uwzględnienia kwestii naszej mniejszości narodowej w tym kraju, potem zaś była ona uwzględniana poprzez jej mistyfikowane i mechaniczne dopasowywanie do dotychczasowej narracji przez to środowisko budowanej.
Ostatnie artykuły Żurawskiego vel Grajewskiego niestety udowadniają, że podejście tego środowiska do Litwy jest analogiczne. Prometejska ideologia antyrosyjskiej krucjaty wciąż prowadzi do bagatelizowania sprawy zagrożenia Polaków na Wileńszczyźnie i de facto wypychania jej z agendy polityki zagranicznej Rzeczpospolitej. Do tego sprowadzają się wywody publicysty „GPC”. Nihil novi sub sole – stanowisko Żurawskiego vel Grajewskiego spotykało się z gorącą polemiką ze strony redaktora naczelnego kresy.pl już niemal trzy lata temu. [//www.kresy.pl/publicystyka,opinie?zobacz%2Fczy-rzeczpospolita-jeszcze-istnieje] Od tego czasu można co najwyżej dostrzec stylistyczne zmiany, wynikające chyba z faktu, że opinia publiczna w Polsce jest już lepiej poinformowana i bardziej wyczulona w kwestiach dyskryminacji Polaków na Litwie
Papierek lakmusowy strategii odpychania
Zresztą ten niezwykle pozytywny fakt pojawienia się naszych kresowych rodaków zarówno jako kwestii politycznej ale też przedmiotu szerszej dyskusji społecznej wydaje się być traktowany przez Żurawskiego vel Grajewskiego co najmniej z ambiwalencją. Piszę on o „emocjonalnym stosunku” polskiej opinii publicznej do omawianego zagadnienia. Z jego artykułów przebija poczucie niezadowolenia, iż to właśnie kwestia naszej mniejszości zdominowała stosunki między Rzeczpospolitą i Republiką Litewską, gdy tymczasem on sam określa tę kwestię jako ich „tło”. 
Co zatem powinno stanowić ich główną polityczną treść? Oczywiście wymiar „strategiczny” co dla Żurawskiego vel Grajewskiego oznacza konieczność ścisłej, „sojuszniczej” kooperacji Polski i Litwy przeciw Rosji. Publicysta „Gazety Polskiej” traktuje to w kategoriach imperatywu niepodlegającego dyskusji. Dostrzega przy tym to, co mimo swojej oczywistości umyka większości polskich giedroyciowców, że sami Litwini nie dążą do tego rodzaju „strategicznego” wymiaru dwustronnych relacji – od lat już ministrowie spraw zagranicznych kolejnych litewskich rządów umieszczają Polskę bynajmniej nie na pierwszorzędnej pozycji litewskich priorytetów i żeby była jasność, tak było także w czasach tak już zmitologizowanej „polityki jagiellońskiej” wdrażanej przez prezydenta i premiera Kaczyńskich. Żurawski vel Grajewski nawołując do współpracy w „wymiarze natowskim, unijnym, energetycznym” czyli właściwie na całej płaszczyźnie łączącej oba kraje nawet pomimo dystansu elit litewskich, sugeruje by nie uszczęśliwiać ich na siłę. Zgadza się z tym by w razie w razie możliwości przenieść bazę polskich samolotów operujących w krajach nadbałtyckich w ramach misji NATO z Litwy do Estonii, wszystko jednak w ramach logiki, prześwitującej w każdym akapicie, antyrosyjskiej krucjaty. I tak Przemysław Żurawski vel Grajewski przyznaje, że Litwini  bynajmniej nie docenili wspaniałomyślności polityki Kaczyńskich, którzy ratując Litwę przed rosyjską niewolą energetyczną stworzyli warunki dla zakupienia przez Orlen rafinerii w Możejkach. Sabotowana przez litewskich partnerów rafineria przynosi straty – recepta publicysty „GPC” – zamknąć nie sprzedawać, bo jeszcze wpadnie w ręce rosyjskie. Co warte podkreślenia Żurawski vel Grajewski expresis verbis pisze, że „potencjał samej Litwy jest w tej grze” przeciw Rosji „nieistotny”, reasumuje jednak swój wywód stwierdzeniem, że nasza polityka na Litwie ma być jedynie „papierkiem lakmusowym” ogólnego antyrosyjskiego nastawienia i determinacji w proponowanej przez niego generalnej polityce odpychania, do której, jak się zdaje, sprowadza główny cel misji naszego MSZ.
Żurawski vel Grajewski nie podarował sobie jałowych wtrąceń o „nieracjonalności” polityki litewskiej, jej „samobójczości”, „postępowaniu wbrew własnym interesom” i pouczeń w temacie tego co „Litwa powinna sobie uświadomić”. Jest to bodaj typowe dla szkoły myślenia, którą prezentuje. Współczesny polski prometeizm w gruncie rzeczy nijak nie odnosi się do realnych Ukraińców, Litwinów czy Białorusinów oraz tego jak definiują oni siebie i swoje interesy. Jest raczej fantazją, dokonywaniem na nich projekcji własnych stanów świadomości, najczęściej wynikającego z płytkiego postrzegania stosunków międzynarodowych, płytkiego „geopolityzowania” sprowadzającego do kwazi-geometrycznych zabaw z mapą i kwazi-matematycznych równań przeliczających i skracających do wspólnego mianownika potencjały państw. 
To jak elity litewskie definiują swoje interesy nie wynika z żadnej „prawdy obiektywnej” takiej czy innej mapy, lecz procesu długiego trwania. Procesu formowania się litewskiej wspólnoty narodowej, jej etosu. Uformowała się on w duchu (określenia tego używam bez pejoratywnego czy protekcjonalnego ładunku) prowincjonalnego poczucia reliktowości własnej tożsamości zagrożonej przez polską kulturę i polskość jako taką. Niewielki potencjał powstałego narodu i państwa, fundująca je mitologia historyczna, rozwijana po dziś dzień głównie w konfrontacji z polską wizją historii, sprawiła, że Litwini traktowali priorytetowo „polskie zagrożenie” i w czasie okupacji niemieckiej, i sowieckiej. I podobnie jak niegdyś, również i dzisiaj straszenie Litwinów Moskwą i wzywanie do wspólnego frontu wobec niej, nijak na nich nie oddziałuje, jeśli komunikat taki formułują Polacy. Zmiana definicji własnych interesów w przypadku Litwinów musiałaby być skutkiem zmian w postrzeganiu samych siebie, własnej historii i tożsamości, a to już jest kwestia, procesu zmiany kulturowej, której, dodajmy, nikt na Litwie jeszcze nie zainicjował. W istocie więc elaboraty i manifesty naszych prometeistów odwołujących się do własnej logiki geopolitycznej, też będącej zresztą produktem historycznego nawarstwiania się naszych własnych, polskich kompleksów a nie emanacją czystego rozumu, do niczego Litwinów nie przekonają. 
Soft power nie wystarczy
Litwinów może przekonać do zmiany nastawienia wyłącznie perspektywa uszczerbku jaki ich interesom może przynieść polityka Rzeczpospolitej. W tym jednak akurat względzie Żurawski vel Grajewski posuwa się do istnej ekwilibrystyki argumentów, które ostatecznie czynią jego wywód nielogicznym. Z jednej strony sygnalizuje bowiem szereg bardzo istotnych przedsięwzięć „strategicznych”, jak chociażby przytaczany przez niego most energetyczny czy misja Baltic Air Policing, z drugiej zaś twierdzi, że wobec uporu Litwinów, Polska nie ma żadnych środków nacisku na sąsiada poza „bezpośrednią presją militarną”. Można by złośliwie zauważyć, że nie ma ponieważ ich użycie nie mieści się w głowach naszym politykom ani samemu publicyście „Gazety Polskiej”.
Żurawski vel Grajewski zadowala się konstatacją, że uporu Litwinów i tak nie złamiemy, choć przecież polska polityka nigdy się do działań ciężkiej kategorii polegających właśnie na realnym powiązaniu kwestii „strategicznych” z kwestiami dyskryminacji Polaków na Wileńszczyźnie nie posunęła. Podszyte hipokryzją jest więc wyrzekanie publicysty „GPC” na to, że twarde stanowisko rządu Tuska wobec Republiki Litewskiej ogranicza się tylko do sfery słów i gestów. Bo przecież pozostaje to poniekąd w granicach wyznaczanych polityce polskiej przez samego Żurawskiego vel Grajewskiego. Obrażanie się na retorykę polskich władz wobec Litwy jako nieskuteczną pozostaje nielogicznym, jeśli samemu staje się okoniem wobec możliwości podparcia jej konkretnymi działaniami politycznymi. 
Żurawski vel Grajewski twierdzi, że wsparcie finansowe dla organizacji Polaków Wileńszczyzny, dla ich szkół, inicjatyw kulturalnych załatwi sprawę. Sugeruje, że wykorzystanie polskiego soft power, w postaci promowania polskiej kultury i popkultury z pomocą polskich mediów, wystarczy by zniwelować politykę urzędowej dyskryminacji Polaków jaką od 24 lat prowadzi Republika Litewska.
Stwierdzenia takie obrażają inteligencję i wiedzę średnio rozgarniętego i zorientowanego czytelnika. To, że najskuteczniejszą zaporą przed asymilacją mniejszości narodowej zawsze są narzędzia instytucjonalno-prawne i odrębna rola polityczna jest już właściwie częścią wiedzy potocznej. Nieprzypadkowo każda mniejszość narodową, w każdym państwie, pod każdą szerokością geograficzną dąży do uzyskania takich instytucjonalno-prawnych gwarancji, aż do autonomii kulturalnej czy terytorialnej włącznie. Nieprzypadkowo Walijczycy dopilnowali aby nazwy miasteczek i ulic w ich krainie były pisane w ich rdzennym celtyckim języku i nieprzypadkowo wielkie odrodzenie (według innych narodziny) świadomości narodowej Katalończyków przyszło po tym ich język kataloński zagościł w szerszym zakresie w szkołach i w przestrzeni publicznej. Tego typu zdobyczy nie zastąpi lepiej dofinansowana i lepiej robiona TVP Polonia. Podobnie pieniądze z Rzeczpospolitej dla polskich szkół na Wileńszczyźnie niczego nie załatwią w sytuacji gdy litewskie władze będą podejmować niekorzystne decyzje w kwestii tego czego się w nich uczy, w jakim języku i jak egzaminuje się absolwentów tych szkół. Wszak pierwsze problemy na tej płaszczyźnie sprawiła już nowa ustawa oświatowa z 2012 r. Soft power nie zmieni nic w kwestii manipulowania okręgami wyborczymi mającego wpływ na wielkość politycznej reprezentacji polskiej społeczności. Środki o których pisze Żurawski vel Grajewski w żaden sposób też nie rozwiążą najważniejszej sprawy czyli zwrotu ziemi zabranej polskim rodzinom jeszcze przez Sowietów a ciągle jeszcze w części znajdującej się w zasobach niezależnej od samorządów administracji – dodajmy tylko na Wileńszczyźnie – w rejonach czysto litewskich reprywatyzację bowiem dawno już zrealizowano.
Zagrożenie asymilacji
Żurawski vel Grajewski generalnie bagatelizuje groźbę asymilacji. Jak pisze Polacy z Wileńszczyzny „przeceniają skalę zagrożenia litewskiego dla swojej tożsamości”. Stoi to w sprzeczności z podstawowymi dla zagadnienia danymi. Litewski spis powszechny z 2011 r. wykazał 200 317 Polaków, jeszcze w 2001 r. było ich 235 tys., zaś ostatni spis radziecki z 1989 r. wykazał 258 tys. Polaków w LSRR, przy czym ten akurat spis uwidocznił wówczas wzrost ludności polskiej w porównaniu do roku 1979. Tak poważnego spadku polskich deklaracji narodowych w ciągu 25 lat nie można tłumaczyć procesem naturalnej asymilacji, która zawsze dotyczy mniejszości narodowych. Jeszcze niebezpieczniejszą tendencję zaobserwujemy gdy weźmiemy pod uwagę centrum życia kulturalnego litewskich Polaków jakim jest Wilno, w którym w latach 2001-2010 liczba Polaków spadła z 104 tys. do 88 tys. mimo, że miasto się rozrosło (w efekcie spadek udziału Polaków z 19,4% całej populacji do 16,5%). Z kolei litewska polityka faktycznej kolonizacji wewnętrznej, jak określił to prof. Zbigniew Kurcz, prowadzona metodami administracyjnymi, bo związana z dyskryminacyjnym procesem rozdawnictwa Litwinom ziemi niegdyś należącej do polskich rodzin, prowadzi do odpychania ludności polskiej od Wilna, gdzie do tej pory stanowiła autochtoniczną większość – udział ludności polskiej w populacji rejonu wileńskiego okalającego stolicę spadł od 2001 r. z 63,5% do 52%. Obszar ten stanowi o być albo nie być Polaków na Wileńszczyźnie jako wspólnoty terytorialnej. Wysyłanie płyt DVD i komputerów do szkół nie załatwi sprawy tej faktycznej i zalegalizowanej przez litewski reżim prawny kolonizacji, nie przełamie też wykluczenia ekonomicznego, jakiemu w niepodległej Litwie uległa znaczna część polskiej ludności wiejskiej, co związane jest właśnie z wyłączeniem wielu Polaków z procesu reprywatyzacji. Powstrzymanie niewątpliwie istniejącego zagrożenia asymilacją, wymaga zmian polityczno-prawnych na Litwie, te zaś muszą być stymulowane przez politykę zagraniczną Rzeczpospolitej. Tymczasem Żurawski vel Grajewski doradza stosowanie środków, które mogą złagodzić ich problemy ale na pewno nie rozwiązać. 
Polityka Rzeczpospolitej musi konsekwentnie wiązać sprawę pozycji Polaków na Wileńszczyźnie z każdą płaszczyzną relacji z państwem litewskim. Szczególnie zaś z płaszczyzną dla Republiki Litewskiej elementarną, związaną właśnie z kwestiami bezpieczeństwa, energetyki, komunikacji. Polska nigdy jeszcze takiej polityki „linkage”, używając sformułowania Henry Kissingera, wobec Litwy nie prowadziła, trudno więc przesądzać, że będzie ona nieskuteczna jak robi to Żurawski vel Grajewski. Tylko uszczerbek ponoszony na poziomie rdzeniowych interesów państwa może doprowadzić litewskie elity do pożądanej z naszego punktu widzenia refleksji. Zagrożenie rosyjskie nie może być żadnym argumentem dla jej odrzucania, bowiem, jak przyznaje sam publicysta „Gazety Polskiej”, Litwa i tak nie wnosi poważnego potencjału do gry przeciw Moskwie. Jedynie ktoś, kto uważa że rzucanie wyzwania Moskwie zawsze i wszędzie powinno być generalną strategią Rzeczpospolitej może wzywać do tego aby w sprawie Polaków na Litwie „nie robić polityki”, cytując innego klasyka, i de facto odmówić im prawdziwej, realnej pomocy politycznej.
Rosyjskie strachy
Koniec końców stanowisko Żurawskiego vel Grajewskiego w sprawie Polaków na Wileńszczyźnie, tak samo zresztą jak w każdej innej, wynika z antyrosyjskiej histerii. Z tej perspektywy putinowska Rosja to nowy Związek Radziecki, prący do nieokiełznanej ekspansji co najmniej na skalę regionalną, a Polska musi odpychać Rosjan z każdego kraju gdzie usiłuje umacniać ona swoje wpływy, a każdy jej krok do przodu w tych krajach, nawet na Kaukazie, to krok bliżej Warszawy.
Ta swoista nowa „teoria domina” nie wytrzymuje jednak konfrontacji z faktami. Polityka rosyjska jest niewątpliwie agresywna, ale sprowadza się ona do stopniowej reintegracji przestrzeni poradzieckiej, przy czym Putin stara się jednak przedstawiać konkretną ofertę dla elit tych państw i w jakimś stopniu uwzględniać ich interesy (które oczywiście nie zawsze muszą mieć wiele wspólnego z interesami ich społeczeństw) zaś reakcje siłowe, są zawsze ostatecznością. Nawet w przypadku wojny z Gruzją to przecież nieroztropna militarna akcja Saakaszwilego eskalowała rozgrywkę na nowy poziom (zresztą to samo można powiedzieć o rewolucji Majdanu) a konflikt i tak zakończył się spetryfikowaniem sytuacji politycznej i nieudaną dla Moskwy próbą zdobycia uznania prawno-międzynarodowego dla status quo ante, wyznaczanego przez faktyczną niezależność Abchazji i Osetii Południowej od Tbilisi. Gruzja, pomijając jej dwie zrewoltowane prowincje, ocalała i właśnie czyni kolejne podejście na drodze do NATO. 
Obecna sytuacja na Ukrainie ukazuje wyraźnie, że rosyjskie czołgi nie dojadą nad Wisłę, ani nawet do Bugu. Agresywna rosyjska polityka na Ukrainie okazała się mimo wszystko o wiele bardziej ograniczona co do politycznych celów ale nawet i środków, od apokaliptycznych wizji malowanych przez Żurawskiego vel Grajewskiego i obóz polityczny, któremu sekunduje. Oczywiście jest ona ostra, brutalna, ucieka się do oczywistej interwencji w spawy innego państwa tyle, że krymski zastaw i poparcie jakie z Rosji płynie dla donieckich i ługańskich separatystów okazują się kolejnymi kartami jakie Putin rzucił na stół rozgrywki z nowym oligarchicznym układem w Kijowie, z którym właśnie wypracowuje nowe modus vivendi.
„Teoria domina” rozwijana przez naszych prometeistów nie może uzasadniać poświęcania Polaków na Wileńszczyźnie, bo jest po prostu błędna. Litwa jest znajduje się w innym położeniu niż Ukraina a nawet niż Łotwa. Nie przylega do metropolitalnego terytorium Rosji, zaś Białoruś, co dobitnie stara się obecnie zaakcentować Aleksandr Łukaszenka, nie jest jego prostym przedłużeniem. Mniejszość rosyjska jest na Litwie znacznie mniej liczna i rozproszona między ośrodki miejskie w różnych częściach państwa, przy czym głównym ich ośrodkiem jest nadbałtycka Kłajpeda gdzie stanowią 19,6% mieszkańców. Żurawski vel Grajewski przedstawia tę mniejszość jako potencjalną piątą kolumnę Moskwy, gdy tymczasem rosyjscy działacze społeczni z Litwy od lat narzekają na brak jej zainteresowania, z nutką zazdrości mówiąc i pisząc o swoich polskich współobywatelach, którzy według nich cieszą się znacznie większym zainteresowaniem Macierzy. W tym kontekście całkowicie niewłaściwe są przestrogi publicysty „Gazety Polskiej” pod adresem litewskich Polaków aby „wystrzegali się choćby pozorów współpracy z Rosją i Rosjanami”. Tym bardziej, że współpraca z mniejszością rosyjską przyniosła Polakom Wileńszczyzny wyraźne sukcesy. Zainicjowana w 2009 roku współpraca polityczna z Blokiem Rosyjskim przyniosła Akcji Wyborczej Polaków na Litwie konkretny dorobek polityczny – partia w końcu przekroczyła próg wyborczy do litewskiego parlamentu a Waldemar Tomaszewski niemal podwoił swoje poparcie w wyborach prezydenckich od tego czasu. Sukcesów tych, przejawiających się nie tylko liczbą mandatów w parlamencie czy radach rejonowych ale przede wszystkim konsolidacją i mobilizacją całej społeczności wokół programu obrony narodowych praw, nie zastąpią ani programy telewizyjne ani nawet pieniądze z Polski. Sojusz z rosyjską organizacją okazał się strzałem w dziesiątkę, to właśnie Waldemar Tomaszewski staje się politycznym reprezentantem niemałej części rosyjskiej społeczności a wciąganie jej do partycypacji w moderowanym po swojemu procesie politycznym, jest najlepszą drogą do odciągnięcia jej od promoskiewskiego radykalizmu i ręcznego sterowania z Kremla. 
Błędność „teorii domina” powoduje, że nie musimy traktować Litwy jako kolejnego pola bitwy z Rosją. Nie ma żadnego powodu aby Polska nie występowała energicznie w obronie praw własnej mniejszości narodowej na Litwie, tylko dlatego, że podobnie postępuję Moskwa w sprawie, niewątpliwie dyskryminowanych, Rosjan na Łotwie czy w Estonii.
W gruncie rzeczy apel Żurawskiego vel Grajewskiego o faktyczne usunięcie sprawy Polaków na Wileńszczyźnie z agendy międzypaństwowych stosunków polsko-litewskich wynika z właściwych jemu i kręgom jakie reprezentuje rosyjskich strachów. Strach jednak nie powinien nam przesłaniać racjonalnej refleksji tak nad zagrożeniem rosyjskim jak i litewskim oraz naszymi własnymi interesami, wśród których przetrwanie kilkusettysięcznej samoświadomej i silnie zakorzenionej społeczności polskiej tuż u naszych granic, jest celem zupełnie priorytetowym.
 
Karol Kaźmierczak
 
 

KOMENTARZE

  • Czego w artykule brakuje.
    Autor nie podaje konkretnych rozwiązań, jakie Polska powinna podjąć w celu obrony Polaków na Litwie.

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
   1234
567891011
12131415161718
19202122232425
2627282930