Gorące tematy: Wolni i Solidarni Smoleńsk Zostań BLOGEREM! RSS Kontakt
Uwaga! Wygląda na to, że Twoja przeglądarka nie obsługuje JavaScript. JavaScript jest wymagany do poprawnego działania serwisu!
1540 postów 726 komentarzy

MacGregor

MacGregor - J23 na angielskiej prowincji alias ruski agent ps. "Moherowe Walonki Putina"

Aleksander Szycht: Problem kresowych ideałów.

ZACHOWAJ ARTYKUŁ POLEĆ ZNAJOMYM

Kto w życiu publicznym woli unikać kresowych tematów, odsunąć je od siebie i współrodaków, jest leniem, tchórzem i egoistą. Taka postawa niszczy świadomość narodową i osłabia społeczeństwo.

 

Kto w życiu publicznym woli unikać kresowych tematów, odsunąć je od siebie i współrodaków, jest leniem, tchórzem i egoistą. Taka postawa niszczy świadomość narodową i osłabia społeczeństwo. Ludzie odcięci od swoich korzeni zawsze będą słabi i mało ambitni. A słabi ludzie to słabe państwo. By zmienić świadomość ludzi trzeba czynu, trzeba stanąć z problemami twarzą w twarz.
Kresy i kresowość stanowią w Polsce kłopot. Niby wszystko o historii można mówić. Nie wypada jednak powiedzieć za dużo, by nie urazić trzech byłych republik sowieckich, które przejęły dawne ziemie II RP. Łatwiej mówić, że te tereny „nie do końca były polskie”, przy okazji podkreślając ich wielokulturowość. Kryje się za tym myśl, że właściwie jest obojętne do kogo ta ziemia należy, do Polski czy innego kraju, Polacy i tak mogą tam przecież jeździć. A nawet się tam przeprowadzić. Po pierwsze wiadomo jednak, że niemal nikt tego nie robi. Po drugie zaś mieszkać tam, zachowując swój język i tożsamość, gdy się od „strategicznych partnerów” ma pod wiatr – to zadanie niemożliwe. Dzieje się tak za sprawą neobanderyzmu i litewskiego szowinizmu. O Białorusi nie ma nawet co wspominać.
Kiedy słyszy się o problemach Polaków, którzy na Kresach pozostali, często prosta gawiedź wzrusza ramionami: „Skoro im źle, to dlaczego nie przyjadą do Polski”? Nie wiadomo jak na cos takiego reagować. Oto stoi przed nami rozmówca, który nie tylko nie ma podstawowej wiedzy historycznej, ale przyjmuje zupełnie inny system wartości. Wychowano w Polsce pokolenie, któremu obojętne są sprawy, jakie dla naszych dziadków i pradziadków znaczyły bardzo wiele. Jego przedstawiciele uważają, że pociąg ekspatriacyjny na gruzy Wrocławia i Szczecina to najlepsza rzecz jaka mogła się ich przodkom zdarzyć. Oni są już „nowocześni” i tkwią jedną nogą w Europie, a tak naprawdę – zostali wykorzenieni.
Nierzadkie są jeszcze głupsze reakcje na doniesienia o szykanowaniu polskości na Wschodzie: „A dlaczego nie wrócą do Polski?”. Autentycznie duża część młodych osób w kraju nie wie, że Polacy na Wschodzie nigdzie z Polski nie wyjeżdżali. To Polska ich opuściła. „To co ich tam trzyma?” – słyszy się też niekiedy. Przypomina to sytuację kiedy małe dziecko żąda od ulubionej cioci, żeby rzuciła wszystkie swoje sprawy i natychmiast do niego przyjechała.
Cóż, wielu osób los naszych rodaków na Wschodzie po prostu nie obchodzi. Wolą gdy problemu nie ma, kiedy on „sam się rozwiąże” , a oni nie będą musieli o tym myśleć. Czy można usprawiedliwić taką postawę i czyja to wina? Tacy ludzie są po prostu egoistami, żyją wyłącznie własnym życiem, zaś ich altruizm kończy się na daniu dwóch złotych żebrakowi, albo i to nie. Kto by chciał zadawać sobie trud by poznawać historię Kresów, albo zaprosić do siebie polskie dziecko ze Wschodu na Boże Narodzenie? Po co opowiadać własnym dzieciom o Kresach albo chodzić na demonstracje w obronie Kresowian, żyjących i zamordowanych? A już żeby samemu coś zorganizować? Nie ma mowy.
O ile bardziej wielu z nas woli czytać o tym „jak ścigamy Zachód i ile nam jeszcze brakuje” niż o historii Kresów. A jeśli już temat kresowy gdzieś się pojawi, to często w taki sposób, że ludzie tego po prostu nie rozumieją. Albo wręcz mówi się im, że to dobrze, że nie ma tam już polskiej państwowości, a najważniejsze że „nas tam lubią”. Upowszechniła się też postawa, że jadąc na Wschód mamy prawo czuć się tam jak jacyś supermeni, jak przysłowiowy „wujek z Ameryki”. O Polakach, którzy tam bohatersko trwają mało kto myśli. Taka postawa dotyczy też kolejnych polskich rządów. Ilu polskich parlamentarzystów lub osób publicznych czynnie i nieprzerwanie zajmuje się Polakami na Wschodzie? Garstka. Zajmują się tym z pasją Michał Dworczyk i Artur Górski z PiS, czy Michał Jaros i Łukasz Abgarowicz z PO, choć osobiście nie podzielam jego stanowiska dotyczącego tekstu uchwały w sprawie zbrodni wołyńskiej. Polakami na Litwie i sprawą pomordowanych na Kresach Południowo-Wschodnich zajmuje się europoseł Jarosław Kalinowski i były europoseł Andrzej Zapałowski.
Od lat chodzę do szanowanej i lubianej przeze mnie instytucji Muzeum Powstania Warszawskiego. Ślady Kresów i Kresowian można tam znaleźć. Należy za to podziękować ludziom, którzy tę placówką prowadzą. Jednak od lat mój wzrok przykuwa tam pewien błąd. Otóż wśród wymienionych ziem, gdzie żołnierze Armii Krajowej rozpoczęli akcję „Burza” widnieje napis: Galicja Wschodnia. To historyczny błąd, bowiem Galicja Wschodnia skończyła się w 1918 roku, a był to termin sztuczny, wymyślony przez Austriaków po rozbiorach Polski. Nazwą polską jest Małopolska Wschodnia. Jednak uważa się, że drażni on Ukraińców, tak jak Polacy ongiś nie lubili terminu Zachodnia Ukraina. Ten drugi stworzyli sowieci, a przeszczepiany jest w historyczną przeszłość przez nacjonalistów ukraińskich.
Na swoje usprawiedliwienie jeden z pracowników Muzeum powiedział, że termin Galicja Wschodnia nadal pojawiał się w akowskich meldunkach. Fakt, że z przyzwyczajenia ludzie mogli czasem napisać różne rzeczy, ale nie jest to żadne usprawiedliwienie. Gdy przeglądałem akowskie mikrofilmy widniał tam termin Małopolska Wschodnia. Nazwa Małopolska pojawiała się jeszcze przed rozbiorami na mapach Województwa Ruskiego. Jednak o ile termin Wileńszczyzna nie jest jakoś uznawany za drażniący uczucia bałtyckich Litwinów, to Małopolska Wschodnia – Ukraińców, owszem, tak. Tyle, że chodzi o polskie Muzeum, które ma charakter patriotyczny i pełni rolę placówki wzmacniającej tożsamość narodową. Kolejni pracownicy placówki, z którymi rozmawiałem, zgadzali się ze mną, ale „cóż oni mogą?”. Nikomu po prostu nie chce się w tej sprawie nic zrobić.
Jednym ze sposobów odepchnięcia od siebie problemu Kresów jest stwierdzenie: „To nie jest właściwy czas, właściwy moment”. Tu wymienia się szereg okoliczności, które mają to uzasadniać. Wyspecjalizowali się w tej technice między innymi ci, dla których problemem jest na przykład pamięć o pomordowanych przez OUN-UPA. To nic innego jak tchórzliwa ucieczka od niepoprawnych politycznie problemów. Taką postawę wykpił w swojej nazwie tarnowski Teatr „Nie teraz”.
Nasze państwo przyjęło taktykę łatwego przejęcia schedy po Polsce Ludowej, upomnienie się o dziedzictwo II RP było dla nowych polskich elit za trudne. Łatwiej zapożyczyć sobie z Międzywojnia samą fasadę. I dopóki tego nie zmienimy, nie ma co liczyć, że w reakcji na problemy Polaków na Wschodzie nie będziemy co i rusz słyszeć: „To dlaczego nie wrócą do siebie?”. Zastanówmy się uczciwie, czy tych zmian nie powinniśmy zacząć wprowadzać od siebie samych i od naszego najbliższego otoczenia.
Aleksander Szycht
Komentarz pod orginalnym tekstem ( Litwin, dodane 7 lutego 2014 w 13:54 ):
Jednego jestem pewien: Wileńszczyzna na powrót musi się znaleźć w granicach Rzeczypospolitej. Lietuvisi nie zrezygnują z prób wymazania stamtąd polskości, bo to dla nich kwestia być albo nie być. Antypolonizm jest konstytutywnym czynnikiem lietuvskiej tożsamości, a w związku z tym liczenie na jakiekolwiek dobre stosunki między Lietuvą a Polską jest po prostu błędem logicznym. Utrzymanie polskości na Wileńszczyźnie oznacza więc kres Lietuvy, ale to nie nasz problem. Musimy robić swoje i mieć konkretne plany na różne warianty biegu wydarzeń, bo że duże zmiany przed nami, to pewne. Nie jest to trudne. Już samo egzekwowanie międzynarodowych, w tym uzgodnionych z Polską, zobowiązań Lietuvy, jest drogą do odzyskania Wileńszczyzny. Landsbergis zauważył, że polski język w urzędach oznacza wycofanie się państwa lietuvskiego z tych terenów. Ma rację, ale koniec Lietuvy wieszczy każdy ślad polskości w tym państwie. Oby w powstałą po nim próżnię nie weszła Rosja (spójrzmy na mapę)!
[ Warto zwrócić uwagę na trafną terminologię w powyższym komentarzu: Litwa to wschodni człon dawnej Rzeczpospolitej, terytorialnie pokrywający się mniej więcej z dzisiejszą Białorusią, z dodatkiem dzisiejszej Lietuwy. Obecna Republika Litewska, obejmująca przedwojenną Kowieńszczyznę i Wileńszczyznę to co najwyżej Lietuwa.
Konieczne jest calkowite odwrócenie obecnego paradygmatu. Swego czasu Kostrzewa-Zorbas ( jeden z „nowoczesnych-wykorzenionych” opisanych w artykule pana Szychty ) stwierdził byl, iż „warto poswięcić litewskich Polaków dla zgody z Sajudisem”. Ani „zgoda” ( cokolwiek by to miało znaczyć ) z Sajudisem, ani samozadowolenie byłej komunistki Dalii Grybauskiene ( = Grzybowskiej ) nie są nam do niczego potrzebne. Potrzebny jest natomiast powrót do idei Autonomii Wileńskiej i Polska powinna być niezłomnym adwokatem takiego rozwiązania na arenie międzynarodowej. ]

KOMENTARZE

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

OSTATNIE POSTY

więcej

ARCHIWUM POSTÓW

PnWtŚrCzPtSoNd
1234567
891011121314
15161718192021
22232425262728
293031